Pierwszy
tydzień współpracy Sonii przy teledysku "Where Have All The Good Men Gone”
wydawał się dla młodej projektantki prawdziwą magią. Każdego dnia
podekscytowana biegła na plan zdjęciowy z kolejnymi projektami w teczce i nie
mogła się doczekać, by posłuchać i doświadczyć powstawania muzyki na własnej
skórze. Nie przeszkadzało jej nawet zachowanie Leny, która zawsze irytowała ją
swoją wyniosłością i tym, że zawsze potrafiła jej dopiec albo przyczepić się do
najdrobniejszego szczegółu jej projektu. Ku zaskoczeniu Sonii jej młoda szefowa
pochwaliła ją nawet dwa razy w ciągu jednego tygodnia co było fenomenem nie
tylko dla niej, ale też dla całego zespołu pracującego w atelier Hoschek.
Sonia uwielbiała chłonąć wszystko, co działo się na
planie i nawet, gdy wymieniła swoje pomysły z Conchitą oraz jej głównym
stylistą – Thomasem Reinbergiem – zdarzało jej się siedzieć z nimi i rozmawiać
o wszystkim; głównie o muzyce. Thomas nie był raczej zbyt otwartym facetem.
Uwielbiał Conchite i widać było, że kocha dobierać jej kreacje, ale nie był
zbyt rozmowny. Ograniczał się bardziej na potakiwaniu, kiwaniu głową i
krótkich, kilkuwyrazowych komentarzach. Za to Sonia i Conchita potrafiły
rozmawiać godzinami i śmiać się ze wszystkiego. Zdarzało im się nawet kończyć
za siebie zdanie. Często bywało też, że Sonia mówiła coś, a Conchita wybuchała
śmiechem mówiąc, że dokładnie to samo miała teraz powiedzieć. Sonia nigdy nie
spodziewała się, że można zaprzyjaźnić się z kimś tak blisko i głęboko zaledwie
po tygodniu znajomości. Czasami łapała się na tym, że myślała, co będzie gdy kręcenie
teledysku się skończy, a ona będzie musiała wrócić do szarej codzienności w
atelier. Zżyła się z Conchitą i miała wrażenie, że działa to w obie strony,
jednak artystka nigdy nie zaprosiła jej nigdzie poza pracą. Sonia nie miała
nawet możliwości, by poznać Toma Neuwirtha. Zdecydowała, jednak, że sama nie będzie
niczego narzucać. Jeśli Conchita kiedykolwiek zaufa jej na tyle, by mogła
poznać Toma i jego przyjaciół będzie bardzo szczęśliwa, ale tak naprawdę już
jest. Pierwsze miesiące pracy w atelier były dla Sonii trudne i czuła się
bardzo samotna. Gdyby nie pan Leon Hoschek – ojciec Leny oraz przyjaciel
rodziny Sonii, który pomógł jej odnaleźć się w Wiedniu – i towarzystwo ulubionego
przyjaciela z pracy Nicka naprawdę trudno byłoby jej przywyknąć do zupełnie
nowego miejsca.
Od tygodnia życie Sonii wyglądało podobnie – pobudka
o 6:00 rano, o 8:00 była już w atelier, gdzie siedziała do godziny 12:00
pomagając przy innych projektach, szyjąc i bardziej skupiając się na pracach
manualnych, a potem biegła do studia, gdzie od godziny 14:00 do późna pracowała
nad teledyskiem Conchity. Stroje miały być naprawdę skomplikowane; samo
podjęcie decyzji, co do wyboru trzech kreacji trwało kilka dni, teraz powoli
nadchodził etap przelewania na papier licznych koncepcji, później konsultacje z
Thomasem, a potem miał nadejść najdłuższy etap – szycie, ale to jeszcze też nie
był koniec. Kilka minut przed południem Sonia nie potrafiła usiedzieć w miejscu
i starała się nie zerkać ciągle na zegarek, który wisiał na środku pracowni w
atelier. Do studia biegła podekscytowana i pełna zapału. Dzisiaj było tak samo.
Punktualnie o godzinie 12:00 zaczęła pakować do torebki swoje projekty i notes.
Miała już wychodzić, gdy nagle podszedł do niej Nick.
- Cześć.
- Och, Nick. To
ty. Cześć. Przestraszyłeś mnie – odpowiedziała zakłopotana Sonia.
- Wychodzisz?
- Właściwie to
tak.
- Dość wcześnie,
dopiero południe…
- Pracuje trochę
w terenie – Sonia była jeszcze bardziej zakłopotana.
- Nie musisz mnie
okłamywać. Wszyscy w firmie wiedzą, że Lena wyznaczyła cię do pracy nad
teledyskiem Conchity Wurst – powiedział nieco chłodnym tonem Nick.
- Nie miałam
kiedy ci o tym wspomnieć.
- Cóż, od
tygodnia w ogóle ze mną nie rozmawiasz i mam wrażenie, że specjalnie mnie
unikasz – Nick spuścił wzrok po czym znowu spojrzał na Sonie; widać było w jego
zachowaniu napięcie.
- Nie unikam cię,
pracuje dużo. To wszystko – Sonia zaczęła bawić się pierścionkiem na prawej
dłoni.
- Że nie
rozmawiasz z innymi osobami z atelier to mnie nie dziwi, bo nigdy nie byłaś
rozmowna, ale myślałem, że jesteśmy przyjaciółmi, a ty nawet, gdy stoimy w
kolejce po kawę albo lunch patrzysz zamyślona w inną stronę albo piszesz smsy.
Jest mi po prostu przykro – Sonia poczuła palące uczucie w żołądku.
Nie chciała
zawieść przyjaciela i nikogo zaniedbywać. Poczuła się jeszcze gorzej, gdy zdała
sobie sprawę, że Nick ma racje. Przez prace nad teledyskiem przestała całkiem
dostrzegać wszystko inne, co się działo wokół niej.
Stała w milczeniu
nie mając odwagi, by spojrzeć Nickowi w oczy. Położył jej dłoń na dłoni.
- Chciałbym
zaprosić cię dzisiaj wieczorem na kolacje. O 20:00 chyba będziesz po pracy?
- Kończę jakoś
przed 19:00 – odparła Sonia nieco zaskoczona zaproszeniem Nicka.
- Mogę po ciebie
przyjechać o 20:00?
Sonia spojrzała
na Nicka.
- Tak, będę
czekała.
Praca na planie
teledysku mijała jak zwykle bardzo szybko. Przed 17:00 udało im się skończyć
prace.
- Wygląda na to,
że mamy już wszystkie koncepcje. Bardzo ci dziękuje Soniu, tobie Thomasie też.
Proponuje wypić szampana, żeby to uczcić. To będzie piękny teledysk, jestem
tego pewna – zaśmiała się uroczo i nalała szampana dla siebie, Thomasa i Sonii.
- Musze ci
powiedzieć, że jestem naprawdę w pozytywnie zaskoczona tym jak wspaniale
przebiega nasza współpraca. Nie powiem, że nie miałam żadnych obaw, gdy Lena
poleciła mi osobę bez doświadczenia, ale wierzyłam w twój talent i się nie
pomyliłam. A do tego jesteś cudowną i piękną kobietą. Jestem pewna, że kiedyś będziesz
wielką projektantką – powiedziała Conchita uśmiechając się przy tym delikatnie.
- Jestem pod
wrażeniem twoich projektów – odezwał się nagle Thomas. – Życzę ci wielkiej
kariery. Conchy?
Spojrzał w jej
kierunku wstając z krzesła.
- Czy będziesz
bardzo zła na swojego ulubionego stylistę, jeśli zmyje się już teraz i pobiegnie
do ORF-u? Obiecałem im pomóc przy paru sprawach dziś wieczorem.
Zaśmiała się
krótko.
- Jasne, że nie.
Niech mój ulubiony stylista ucieka dalej pracować, a my jeszcze chwile
poplotkujemy przy szampanie.
- No to uciekam
kochane – tym razem Thomas żartował i cmoknął obie kobiety w policzek, narzucił
na siebie kurtke i niemal wybiegł ze studia.
Sonia napiła się
odrobine szampana.
- Jesteś naprawdę
podekscytowana teledyskiem. Ciesze się, że jesteś szcześliwa – powiedziała
zanim zdołała się ugryźć w jezyk.
Conchita zajrzała
do kieliszka po czym spojrzała na Sonie.
- Myśle, że to
nie tylko kwestia teledysku, ale tak. Jestem nim niesamowicie podekscytowana i
nie mogę się doczekać, gdy będę mogła go pokazać fanom.
Sonia odważyła się
również na nią spojrzeć. Dostrzegła blask w jej oczach i uśmiechnęła się.
Conchita odwzajemniła gest.
- Od pewnego
czasu się nad czymś zastanawiam. Jeżeli oczywiście byś chciała… Dzisiaj robimy
małe przyjęcie z okazji urodzin mojej przyjaciółki Nicole. Bardzo bym się
cieszył, gdybyś również przyszła. Myśle, że w końcu miałabyś okazje poznać Toma
– uśmiechnął się subtelnie i zaczął obracać kieliszek w dłoniach.
Sonia miała
wrażenie, że Tom naprawdę denerwuje się jej decyzją i boi się, że mu odmówi.
Nie mogła i przede wszystkim nie chciała tego zrobić.
- Będę
zaszczycona i bardzo szcześliwa. Oczywiście, że przyjdę. Dziekuje ci – odpowiedziała
niemal od razu.
- Ja również będę
bardzo szczęśliwy, Soniu – powiedziała Conchita, a właściwie chyba bardziej
Tom.
Wstała z krzesła
odstawiła szampana na stolik.
- Nie wiem jak
mam ci dziękować – powiedziała Conchita do Sonii.
- Nie dziękuj, bo
nikt nie zrobił dla mnie tyle dobrego, co ty – odparła i również wstała.
Conchita objęła
ją ramieniem. Żadna z nich nie powiedziała nic.
- To daje ci już
dzisiaj wolne – zaśmiała się po chwili. – Ale o godzinie 20:00 czekamy na
ciebie u Nicole. Zaraz ci zapisze dokładny adres.
- Nie wiem jak
mam ci dziękować – powiedziała Sonia do Conchity.
Dopiero po
wyjściu ze studia Sonia pomyślała o kolacji, na którą umówiła się z Nickiem. Nie wiedziała jak teraz
powinna się z tego wyplątać. Wracając ruchliwą uliczką Wiednia poczuła nagle,
że kreci jej się w głowie, więc postanowiła usiąść na chwile na ławce. Poczuła,
że traci nad tym wszystkim kontrole.
Nick był zawsze
jedyną osobą w pracy, która wspierała ją odkąd zaczęła pracować atelier
Hoschek. Był miłym, naprawdę ambitnym facetem, pracował w dziale logistycznym i
zajmował się zarządzaniem transportem ubrań Hoschek na cały świat. Właściwie to
był tylko asystentek kierownika i nie bardzo znał się na sztuce i modzie, ale
miał w sobie coś intrygującego. Jego pasją było pisanie, ale nigdy nie
traktował tego jak sztukę – robił to, co kocha. W każdej niemal wolnej chwili
pisał artykuły do gazet na zamówienie (ciągle wciskali mu jakiś nudny temat)
oraz kreślił swoją własną powieść i wierzył, że kiedyś ją wyda. A wtedy będzie
mógł rzucić nudną, logistyczną prace i zacząć żyć jak pisarz. Praca od rana do
południa, kilka kaw dziennie, papierosy, wieczorem jakaś kolacja z kolejną
dziewczyną, która zrobi mu nadzieje, a potem samotne wieczory z winem (przy
odrobinie szczęścia może nie zawsze samotne). Gdyby mógł, rzuciłby prace u Leny
w pięć minut – bez namysłu. Ale tylko jednej rzeczy zawsze, by żałował. Jedna
osoba tylko trzymała go w atelier i motywowała go, by dalej walczył o swoją
powieść. Sonia Grotowska. Zobaczył ją już pierwszego dnia w atelier; weszła tam
nienagannie ubrana, olśniewająco piękna mimo znacznej nadwagi, ale też naprawdę
spięta. Od razu uśmiechnął się do niej choć nie był zbyt śmiały i nawet puścił
do niej oko. Odwzajemniła gest i pobiegła do gabinetu Leny. W atelier Hoschek
jest zwyczaj, że od razu po przyjęciu nowego pracownika szefowa wychodzi razem
z nim z gabinetu i ogłasza to wszystkim obecnym, a potem następuje wzniesienie
toastu za owocną współprace, który inicjuje zawsze Lena. Właśnie wtedy Nick i Sonia zaczęli po raz
pierwszy rozmawiać popijając szampana. Zaczął od banalnego pytania („Jestem
Nick i jestem ciekaw; jak ci się tutaj podoba?”). Wtedy Sonia dowiedziała się,
że nie Nick przepada za dużymi skupiskami ludzi i alkoholem. Że woli się zaszyć
w biurze i pracować. Z czasem stali się sobie bardzo bliscy.
Nick siedział w
swoim małej, wynajętej kawalerce przy Kartnergasse. Nie lubił być tutaj w
dzień. Kartnergasse to główna ulica handlowa Wiednia i wszystkie hałasy
irytowały go. Skusiła go, jednak cena. Na nic innego nie było go stać. Ojciec i
tak chciał, by poszedł kiedyś na studiach. Prawda była taka, że miał dzisiaj 25
lat i nie mógł nawet marzyć o studiach. Miał szczęście, że dostał prace u Leny.
Ojciec nie odzywa się do niego od kilku lat, matka zmarła w dzieciństwie, wiec
ma tylko jego. Któregoś dnia powiedział Nickowi, że jeśli nie pójdzie na studia
jak „ambitny człowiek na poziomie” to nie mają o czym rozmawiać. „Nie po to po
śmierci matki wyjechali do stolicy, gdzie jest tyle perspektyw, żeby teraz
musiał się za niego wstydzić”. Za dużo złych słów padło. Nick wiedział, że
więcej nie zobaczy ojca.
Wstał z sofy i
zajrzał do szafki w kuchni z nadzieją, że znajdzie tam jeszcze jakieś tanie
wino, które czasami kupował. Nie było ani jednej butelki. „Nawet nie mam czym
się upić” – pomyślał z goryczą zerkając po raz wtóry na zegarek. Była 20:15.
Sonia zdążyła
wrócić do mieszkania, przebrać się i przygotować oraz dotrzeć do domu Nicole.
Była podekscytowana i zdenerwowana. Miała nadzieje, że przyjaciele Toma ją
polubią i że polubi ją sam Tom. Nie miała pojęcia co powinna kupić Nicole.
Postanowiła, wiec poprzestać na bardzo ładnym kwiatku w doniczce, który zdążyła
jakimś cudem kupić po drodze. Poprawiła nerwowo trencz po czym zadzwoniła do drzwi.
Drzwi otworzyła jej kobieta w średnim wieku, krótko ścięta i ubrana raczej mnie
formalnie, bez makijażu, miała tylko lekko wytuszowane rzęsy.
- Witaj. Ty chyba
musisz być tą Sonią, o której ostatnio Tom tyle opowiada – powiedziała kobieta
zerkając na gościa raczej niezbyt ufnym wzrokiem.
- Dzień dobry.
Tak, jestem Sonia – odparła uśmiechając się nieśmiało.
- Wejdź, proszę –
ton głosu Nicole wydawać się zimny i niezbyt otwarty.
Dopiero po
wejściu do środka Sonia zauważyła, że Nicole pali papierosa i lustruje ją
wzrokiem. Podeszło jeszcze kilka osób, jedna była na pewno drag queen, ale
Sonia nie potrafiła dostrzec nigdzie osoby, która mogłaby być Tomem.
- Miło mi panią
poznać. Tom wspominał, że to pani przyjęcie urodzinowe. Wszystkiego
najlepszego, a to dla pani – Sonia poczuła się niezręcznie i sztucznie podając
Nicole prezent.
Miała wrażenie,
że to co mówi jest żenujące, ale nie umiała w tamtym momencie zmusić się, by
powiedzieć coś bardziej na miejscu. Była zestresowana zimnem i obojętnością
kobiety.
- Dziękuje. Baw
się dobrze – odparła biorąc kwiatka z jej rąk po czym zaciągnęła się dymem i poszła
w stronę, z której dobiegała muzyka i reszta gości już powoli zaczynała
rozkręcać imprezę.
Czarnowłosa drag
queen, która stała obok przysłuchując się trochę rozmowie podeszła teraz do
Soni i uśmiechnęła się naprawdę serdecznie.
- Cześć, jestem
Tamara. Ale możesz mi mówić Raphael, bo to moje prawdziwe imię – zaśmiała się,
dzięki czemu mogła usłyszeć męską stronę jej/jego głosu.
- Cześć. Ja
jestem Sonia i cieszę się, że mogę cię poznać. Nie widziałaś może Toma?
Tamara zaśmiała
się subtelnie.
- Oczywiście, że
widziałam. Siedzi pewnie z innymi w pokoju obok i pije piwo.
Sonia poczuła się
w pewnym momencie dziwnie. Osoba, z którą od kilku tygodni spędza każdą niemal
chwile, którą zna jako elegancką, piękną i utalentowaną divę właśnie teraz
siedzi przy stole, na którym leżą karty do gry, kilka brudnych popielniczek,
kieliszki i butelki pijąc zwykłe piwo i śmiejąc się z przyjaciółmi. Weszła do
pokoju. Mimo, że nie wiedziała wcześniej jak wygląda to od razu go rozpoznała.
Głośna muzyka dudniła w głośnikach. Impreza dopiero się zaczynała, ale
pomieszczenie było już zadymione i nieco duszne.
Sonia zobaczyła
kątem oka, że Nicole otwiera właśnie okna, żeby przewietrzyć pokój i jest nadal
bardzo zdenerwowana. Tom wreszcie ją zauważył i uśmiechnął się do Sonii znad
talii kart, którą odgrywał właśnie z Jürgenem – mężem Nicole. Wstał, by się
przywitać i wtedy jego uśmiech utwierdził ją w przekonaniu, że nadal ma do
czynienia z tą samą osobą. Uściskał ją entuzjastycznie.
- Cześć. Poznałaś
już Conchite. Ja jestem Tom i odwalam za nią brudną robote – zaśmiał się
głośno.
- Cześć, Tom. Ja
jestem Sonia i naprawdę miło mi cię w końcu poznać – odpowiedziała akcentując z
rozbawieniem słowo „w końcu”.
Jürgen uniósł
kufel z piwem jakby chciał wznieść toast i uśmiechnął się ukazując zęby.
- Cheers, ja jestem
Jürgen
Sonia mimowolnie
wybuchnęła śmiechem. Tom poszedł jej śladem.
- Musisz się
przyzwyczaić. Jü to nasz najlepszy komik, żadna impreza nie obędzie się bez
jego żartów. A, no i lubi piwo, trochę chyba za bardzo, bo Nicole ciągle się na
niego wydziera – Sonia słuchała tego, co mówił do niej Tom i czuła się trochę
surrealistycznie, ale było jej tutaj już od pierwszych chwil tak dobrze i
pozytywnie, że wiedziała, że chciałaby tu zostać na zawsze.
Miała tylko
nadzieje, że Nicole jakoś się do niej przekona.
Kilka minut po
trzeciej powietrze w pokoju było już ciężkie od dymu papierosowego i zapachu
alkoholu. Najwytrwalsi goście nadal tańczyli, niektórzy spali na krześle,
fotelach albo na kanapie. Ktoś kogo Sonia nie miała okazji poznać palił w kącie
zioło i śmiał się jak idiota. Tamara i Mia tańczyły ze swoimi partnerami, a Jürgen
chrapał po drugiej stronie stołu. Sonia nie mogła dostrzec nigdzie Nicole. W
ogóle tego wieczoru widziała ją tylko wtedy, gdy przyszła, a potem kilka razy
przelotem. Sonia spędziła całą noc pijąc piwo i rozmawiając z Tomem. Nie
ruszyli się nawet na chwile ze stołu przy, którym Tom próbował grać w karty z
Jürgenem dopóki ten drugi nie zasnął. Rozmawiali o wszystkim. Tom opowiadał jej
anegdoty z początków kariery, mówił o swojej przyjaźni z Tamarą, o tym jak
poznał Jacquesa. Tylko jakoś Nicole w jego historiach przewijała się bardzo
rzadko.
- Mogę cie o coś
zapytać? – Sonia spojrzała na Toma pytająco.
- Jasne,
oczywiście.
- Może nie
powinnam tak wprost, ale tak sobie pomyślałam… Jürgen i tamten chłopak na
kanapie… Czy to nie jest nałóg albo coś, co może im zagrażać? Nie chce się
wtrącać, wybacz jeśli cię uraziłam.
Tom przeszył ją
spojrzeniem. Zaskoczyła go tym pytaniem.
- Wiesz, Jürgen
na co dzień nie pije dużo, tylko na domówkach, które mamy może raptem raz na
miesiąc albo dwa, a jak wychodzimy na miasto to pije jedno piwo, czasem dwa,
ale nie jest alkoholikiem. Co do Chrissy’ego… Chrissy jest specyficzny, ale
niestety, nie możemy uzdrowić całego świata. Długo miałem z tym problem, bo sam
sobie narzucałem presje. Że chce zmienić świat, pomagać i inspirować. Kiedy
mnie nie słuchali byłem bezsilny i myślałem, że się do tego nie nadaje. Ale w
sztuce jest jak w życiu. Nie zainspirujesz wszystkich tak samo jak nie
uzdrowisz każdego. Za Chrissy’ego niektórzy się modlą, inni go przeklinają.
Takie jest życie.
- Mam coś
dziwnego kiedy ktoś obok mnie potrzebuje desperacko pomocy, a ja patrzę i nic z
tym nie robię.
- A co mogłabyś
teraz zrobić dla Chrissy’ego? Przecież on nas nawet nie słyszy. U niego to już
nie jest kwestia zioła. To jest narkoman po prostu.
Sonia popatrzyła
na Toma z nieukrywanym przerażeniem.
- Na odwyku był
dziesięć razy, zawsze uciekał, bo ciągle miał tam próby samobójcze. W końcu
zdecydowaliśmy, że nie wydamy go, że pozwolimy mu zostać z nami. Przy nas
czasami jest czysty kilka dni i wtedy zachowuje się jak normalny człowiek.
Czasami wybór jest pomiędzy złem, a gorszym złem, ale wierze, że wszystko się
dzieje z jakiegoś powodu i mam nadzieje, że Chrissy odnajdzie swój i kiedyś z
tego wyjdzie.
Sonia przymknęła
na chwile oczy. Poczuła, że ma zawroty głowy.
- Wszystko w
porządku? – spytał Tom.
- Tak, ale chyba
się zasiedziałam. Nigdy chyba mi się z nikim tak dobrze nie rozmawiało, ale
jest już prawie piąta nad ranem. Wygląda na to, że inni nawet przestali
tańczyć. Jesteśmy tylko my i Chrissy. Pomoge ci trochę to ogarnąć, jeśli chcesz
i uciekam do domu.
- Dziekuje ci za
rozmowe, to był naprawdę świetny wieczór, a co do pomocy to daj spokój, poradzę
sobie – uśmiechnął się i wstał przesuwając kieliszki. – Ale sprzątanie dopiero
jutro, bo dzisiaj już padam na twarz.
- No jeśli tak
wolisz… - Sonia wstając z krzesła zahaczyła o szklankę, która spadła na podłogę
i rozbiła się na milion kawałków. –
Jejku, przepraszam. Narobiłam ci bałaganu jeszcze.
Tom zaśmiał się
serdecznie.
- Nie ma o czym
mówić, luz naprawdę.
Odruchowo oboje
schylili się, by zbierać odłamki. Sonia przypadkiem dotknęła ostrej krawędzi
szkła, a po jej palcu popłynęła strużka krwi.
- O kurczę…
Zaczekaj, przyniosę jakiś plaster. Nicole trzyma je chyba w łazience, za chwile
wracam.
Chwile później
usłyszała wołanie Toma. Podeszła do niego szybkim krokiem. Nicole leżała
nieprzytomna w łazience. Tom próbował ją obudzić.
- Nikki, Nikki….
Co się dzieje, Nikki. Obudź się… Cholera… Sonia, dzwoń po pogotowie.
- A jak znajdą
Chrissy’ego?
- Kurwa…. Dobra,
weź go zamknij w pokoju Jürgena. Połóż go spać i zamknij drzwi na klucz. On
jest niegroźny. Ja zadzwonię, tylko się pospiesz.
Sonia pokiwała
głową i wróciła do salonu gdzie siedział Chrissy i śnił na jawie myśląc, że
jest żoną sułtana. Tak jak myślała, nawet jej nie słyszał. Resztka rozsypanego
zioła leżała na dywanie.
- Tylko spokojnie
– powtarzała do siebie cała drżąc z nerwów.
Gdyby ktokolwiek
znalazł narkotyki w domu Nicole wszyscy mieliby problemy z prawem, a gdyby Tom
wplątał się w taką afere to Conchita przestałaby istnieć. Sonia poczuła, że jej
serce bije jak młot. Wzięła kilka wdechów. Wszystko zależało teraz od niej.
Chwyciła Chrissy’ego pod ramie i przeciągnęła go do sypialni Jürgena. Był
zadziwiająco lekki. Kiedy wrzucała go do łóżka i nakrywała kołdrą nie
zaprotestował ani razu tylko „rozmawiał ze swoim mężem sułtanem”. Sonia
zamknęła drzwi sypialni na klucz i wyszła do salonu. Gorączkowo zaczęła szukać
odkurzacza. Pech chciał, że wszystko znajdowała się tak blisko, że gdyby
lekarze szli do łazienki musieliby przejść obok dywanu i doskonale widocznej,
rozsypanej na nimi marihuany. Sonia przerzucała szafki i szuflady. W końcu
znalazła odkurzacz w kredensie i nie bardzo wiedząc, co robi zaczęła pozbywać
się zawartości torebki i tej wysypanej na dywan. Kiedy wszystko było odkurzone,
wyciągnęła worek i pobiegła do łazienki.
- Nie mogę jej
zbudzić. Dzwonie już, wyrzuć to tutaj. Spróbuj ją ocucić proszę… Nicole….
Sonia wysypała
wszystko z worka i spłukała.
Po chwili
przyjechało pogotowie i zabrali Nicole do szpitala. Po dość krótkim badaniu
wyszedł lekarz. Tom i Sonia wstali gwałtownie z krzeseł.
- Obudziła się
kilka minut po tym jak ją przywieźli. Pani Nicole Fernandez ma silne uczulenie
na pewien rzadki gatunek rośliny. Jeden z ratowników medycznych mówił, że
widział ją u państwa w domu. Ale pani Fernandez miała szczęście, bo gdyby
odnaleźli ją państwo rano albo choćby dziesięć minut później mogłaby nie
przeżyć. Rośline należy usunąć, pani Fernandez dostała leki przeciwalergiczne i
myśle, że może za kilka godzin już wrócić do domu. Proszę wejść do niej, jeśli
państwo chcą.
Tom i Sonia
weszli do sali, gdzie leżała Nicole. Sonia czuła wyrzuty sumienia. Kwiat, który
omal nie doprowadził ją do śmierci był prezentem od niej. Kupiła go na bazarze
kilkanaście minut przed imprezą i nie domyśliła się, że mógłby w jakikolwiek
sposób szkodzić. Postanowiła ją przeprosić, ale czuła się strasznie z tym, że
zepsuła jej urodziny.
- Cześć. Jak się
czujesz? – spytał Tom i objął serdecznie przyjaciółke.
- Żyje. Jakoś.
Ale ktoś się chyba z tego nie cieszy – spojrzała sugestywnie na Sonie.
Ta nie wiedziała,
co ma na myśli. Tom też był zdziwiony.
- Co masz na
myśli?
- Mówiłam ci, że
jeśli dopuścisz innych do naszego prywatnego życia to nie będziesz go miał.
Wiesz ile mogłeś stracić?
- Ale nie
straciłem. Nikt się nie dowiedział o Chrissy’m, a ty jesteś cała i zdrowa.
- Taaa. To takie
szczęście w swoje czterdzieste trzecie urodziny prawie umrzeć, ale przeżyć.
Cudownie. Jestem cała i zdrowa, zgadzam się.
- Nie rozumiem o
co ci chodzi – ciągnął Tom.
- Nie rozumiesz? Przecież
ta dziewczyna ma nas wszystkich gdzieś, chce się wybić w świecie mody. Albo
łudzi się, że na nią spojrzysz. Obiecałeś mi, że nie będziemy przełamywać
granicy. Mamy wszyscy tutaj swoją prywatność, a dopuszczanie obcych osób jest
niebezpieczne i niedojrzałe. Nie wierze w zbiegi okoliczności – spojrzała ze
złością na Sonie.
- Co sugerujesz?
– Sonia była tak zdenerwowana, że nie potrafiła już być miła dla Nicole.
- Że to
zaplanowałaś, bo chciałaś mnie… może nie zabić ale unieruchomić w szpitalu i w
tym czasie stać się kobietą najbliższą Tomowi i przez to osiągnąć swoje własne,
egoistyczne korzyści. Nie pasujesz do nas, nie jesteś z tego świata i nigdy nie
będziesz do niego należeć.
- Nicole, dość! Nie przesadzaj – powiedział Tom, ale Sonia
spojrzała na nich z żalem.
- Masz racje
tylko w jednej rzeczy. Nie pasuje do was – odparła po czym wyszła na korytarz.





Brak komentarzy:
Prześlij komentarz