[ tło muzyczne ]
Krople
deszczu bębniły o kręte i jak zawsze zatłoczone uliczki Wiednia. Chwilami
powiewał lekki, ale chłodny wiatr. Jesień na dobre zapanowała w tym wielkim i
pełnym sztuki miasteczku, które nigdy nie milknie. Sonia otworzyła parasol i westchnęła
ciężko patrząc na swój mokry już czarny trencz, który kupiła kilka dni temu w
We Bandits przy Teobaldgasse 14. Wyobraziła sobie już minę swojej zaborczej
szefowej. Sama myśl o reakcji wiecznie perfekcyjnej Leny Hoschek przyprawiała
ją o mdłości. W tej pracy nie było miejsca na choćby drobne potknięcie, a na
pewno nie w kwestii stylu. Przystanęła na chwilę i wyciągnęła z torebki vintage
swój portfel. Niestety, nie znalazła tam zbyt wiele gotówki. Poczuła, że kręci
jej się w głowie. Nie znosiła tej pracy. Nie znosiła blichtru, obnoszenia się z
bogactwem i drogich markowych ubrań, a jeszcze bardziej świadomości, że mogłaby
wydać je na coś o wiele bardziej pożytecznego niż kolejny płaszcz Burberry.
Gdyby miała wybór nigdy nie zdecydowałaby się na zajmowanie modą. Jej pasją od
zawsze był śpiew, ale nie potrafiła nie spełnić marzenia jej matki, która sama
od zawsze chciała projektować, jednak, gdy poznała ojca Sonii wszystko w jej
życiu się zmieniło i musiała zrezygnować z marzeń. Sonia kochała matkę
najbardziej na świecie i gdy ta pewnego dnia, nie do końca na serio powiedziała
jej, że gdyby jej córka ze swoim talentem do rysowania przebiłaby się w świecie
mody to ona nie pragnęłaby już w życiu niczego więcej, Sonia nie do końca
wierząc wówczas w swoje szanse w show-biznesie pomyślała, że i tak nie ma nic
do stracenia, że może tylko zyskać dumę i radość swojej mamy na czym od zawsze
zależało jej najbardziej. Wytarła nos chusteczką, po czym wyciągnęła kartę
kredytową i weszła do butiku Gucci starając się za wszelką cenę nie rozpłakać.
Nowy płaszcz, który właśnie kupiła kosztował 1000 EUR
i nie był wcale jakiś wyjątkowo piękny, zwykły czarny trencz podobny do
poprzedniego, jednak ponoć uszyty z ekologicznej skóry, z jedwabną podszewką.
Niosła go w wielkiej, papierowej torbie z napisem Gucci, owinięty w milion
folii zabezpieczających i zapakowany w karton, by nie dostał się do niego
deszcz. Złapała szybko taksówkę. W środku ściągnęła mokry płaszcz, ubrała na
siebie nowy i poprawiła włosy oraz makijaż. Deszcz był nieco mniej intensywny.
Sonia wysiadając otworzyła parasolkę i wyszła zapłaciwszy taksówkarzowi
banknotem, gdyż nie miała przy sobie drobnych, a czas ją naglił. Przemoczony
płaszcz z second handu, za którego dała 150 EUR zostawiła w taksówce; i tak nie
miałaby w tej chwili co z nim zrobić.
Sonia weszła do atelier Hoschek z miną,
którą starała się pokazać wszystkim jak bardzo kocha swoją pracę, co oczywiście
nie było prawdą. Niemal od razu zaczepiła ją Lena – jej szefowa. Sonia nie
lubiła jej nachalnego tonu głosu. Dziękowała sobie, jednak w duchu, że zdążyła
kupić nowy płaszcz i nieco ogarnąć swój nieład.
Wiedziała, jednak, że jej mokre włosy mogą zrazić Lenę.
-
Świetna fryzura – Sonia nie wiedziała teraz, co powiedzieć. – Widziałam teraz
na pokazach w Nowym Jorku, wszyscy tam teraz chodzą z włosami, które wyglądają
jak lekko zmoczone. Świetne wyczucie stylu, super, że przynosisz do nas trendy
z wybiegów.
Sonia
była nieco zdziwiona.
-
Dziękuje – odparła krótko.
-
Przyjdź do mojego gabinetu za 40 minut. Mam do ciebie bardzo ważną sprawę,
która nie może czekać – oznajmiła po czym oddaliła się szybkim krokiem w stronę
szwalni.
Idąc
do gabinetu Leny, Sonia nie do końca wiedziała, czego powinna się spodziewać po
swojej szefowej. Jej entuzjastyczne powitanie dziś rano niebywale zaskoczyło Sonię
i nieco uspokajało, ale wiedziała, że Lena Hoschek jest tak humorzastą osobą,
że za chwile mogła jej np. powiedzieć bez ogródek, że wyrzuca ją z pracy z byle
powodu i nikogo w atelier, by to specjalnie nie zdziwiło. Podeszła najpierw do
sekretarki, która zaanonsowała Lenie jej przybycie. Sonia zapukała do drzwi
starając się być pewna siebie i nie okazać swojego zdenerwowania. Lena rzadko
wzywała pracowników do gabinetu, zwłaszcza gdy byli to tylko asystenci. W
atelier Hoschek mogło to oznaczać tylko dwie rzeczy: awans albo wyrzucenie z
pracy. Już, gdy szła w kierunku gabinetu Leny niektórzy odwracali za Sonią
głowy, czasami z zaciekawieniem wymieniając poglądy i koncepcje na temat tematu
rozmowy z ich szefową. Sonia wzięła głęboki wdech i weszła do gabinetu Leny.
-
Dobrze, że jesteś – powiedziała z entuzjazmem szefowa atelier. – Usiądź,
proszę. Czekamy jeszcze na kogoś.
Przez równe dziesięć minut Lena Hoschek siedziała w
milczeniu i wyglądała na naprawdę zdenerwowaną i przejętą. Sonia nie miała
nawet odwagi, by zapytać o co w tym wszystkim chodzi dlatego postanowiła
postarać się cierpliwie zaczekać na gościa, który miał niedługo nadejść.
Dziesięć
minut później Lena zaczęła już nerwowo zerkać na zegarek. Kiedy zadzwonił jej
służbowy telefon omal nie upuściła go próbując odebrać.
-
Nasz gość już jest. Pokaż klasę. Masz naprawdę bardzo dużo szczęścia. – Sonia
wstała i poprawiła swoją idealnie skrojoną marynarkę od Gautiera i spojrzała na
swoją szefową. Do pomieszczenia weszły dwie osoby. Jeden z nich był dobrze
zbudowany, krótko ścięty i wyglądał na mężczyznę w średnim wieku. Stał raczej
obok i uśmiechał się raczej delikatnie. Cała uwaga Sonii i Leny skupiła się na
drugiej osobie, która weszła do pokoju. Sonia słyszała o tej artystce
wielokrotnie, jednak poza słuchaniem jej płyty, której nawiasem słuchała
ostatnio prawie codziennie w drodze do pracy (gdy nie jechała taksówką) nie
interesowała się specjalnie tym kim jest ta intrygująca wiedeńska artystka.
Jeżeli istniało coś takiego jak pierwsze wrażenie i osoby, które wchodząc do pomieszczenia
wypełniają je swoją aurą i skupiają na sobie uwagę samą osobowością i prezencją
to właśnie tego rodzaju osobą była Conchita Wurst. Jej uśmiech był tak subtelny
i szczery, że nawet wiecznie poważna i zdystansowana Lena Hoschek odwzajemniła
jej gest.
-
Witaj, Leno. Miło mi cię znowu widzieć. Cieszę się, że mogę współpracować z
kimś kto jest mi bliski również prywatnie i jestem pewna, że nasz teledysk
będzie naprawdę piękny – powiedziała Conchita na powitanie ściskając szefową
atelier.
-
Witaj, Conchito. Również jestem bardzo dumna i szczęśliwa, bo to dla nas
naprawdę ważna współpraca. – spojrzała w kierunku Sonii. – Chciałabym ci
przedstawić moją asystentkę. To jest Sonia Moniuszko. Pracuje od nas prawie od
roku i jest naprawdę utalentowana.
Właściwie to Sonia nie jest już asystentką, bo dałam jej dziś awans na
pełnoprawnego projektanta. Powinnaś zobaczyć jej projekty, Conchito. Ma wielki
talent.
Sonia
uśmiechnęła się szeroko i uścisnęła dłoń Conchity.
-
Jest mi niezwykle miło cię poznać, Soniu. Nie mogę się doczekać, by móc
zobaczyć twoje projekty. – powiedziała artystka. – Nawiasem mówiąc to Lena
raczej mało kogo chwali, więc jestem naprawdę ciekawa twoich pomysłów i mam
nadzieje, że przydadzą się przy naszej pracy nad teledyskiem.
Sonia
początkowo nie wiedziała do końca, co ma na myśli Conchita.
-
Och, wybacz. To miała być niespodzianka dlatego nic nie mówiłam. Conchita
pracuje teraz nad teledyskiem do piosenki „Where Have All The Good Men Gone”.
Oczywiście, ma już swojego stylistę, jednak poprosiła mnie bym znalazła jakąś
kobietę- projektantką, która z innym punktem widzenia podejdzie do pracy nad
strojami, głównie nad sukienką, ale to już dokładnie powie ci Conchita w
trakcie pracy. Jeżeli oczywiście przyjmujesz nowe zlecenie.
Sonia
spojrzała na Lenę, a później na Conchite.
-
Oczywiście, to dla mnie naprawdę wielki zaszczyt – Sonia nie do końca wierzyła,
że jest to decyzja samej Leny.
Była
pewna, że wstawił się za nią ojciec Leny – Leon Hoschek. Nie wierzyła, że po
latach przyjaźni z jej matką Leon nie zatrudnił ją w atelier Hoschek ze względu
na ich zażyłość. Gdyby nie chęć spełnienia marzenia matki nigdy nie zgodziłaby
się na załatwianie czegokolwiek i ułatwianie sobie sprawy kontaktami. Zawsze
obiecywała, że osiągnie wszystko, jeśli będzie miała możliwość, ale tylko sama.
Jej matka zrezygnowała dla jej ojca z pasji swojego życia. Gdyby nie to, Lena
nigdy by się nie urodziła. Czuła od zawsze, że sukces w branży modowej to coś
co musi zdobyć bez względu na wszystko. Nieważne, że w jej sercu i w głowie
ciągle brzmiały nowe akordy i pomysły na piosenkę. Mogła je wyśpiewać tylko
późnymi wieczorami w swojej małej, chociaż czasami przytulnej kawalerce na
przedmieściach Wiednia, w której czuła się zawsze bardzo samotnie. Teraz stała
przed możliwością współpracy z artystką, której historia naprawdę ją
inspirowała, chociaż starała się o tym nie myśleć, bo wtedy co raz bardziej
żałowała, że nie będzie miała możliwości nigdy spełnić swojego marzenia o życiu
z muzyki.
-
To od czego zaczynamy? – zapytała z entuzjazmem Conchita.
Sonia
poczuła po raz pierwszy w życiu szczęśliwa z tego, że jest projektantką mody,
ale nie mogła wówczas wiedzieć, że współpraca z Conchitą Wurst zmieni jej życie
na zawsze.


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz