piątek, 27 listopada 2015

Prolog


[ tło muzyczne ]


            Krople deszczu bębniły o kręte i jak zawsze zatłoczone uliczki Wiednia. Chwilami powiewał lekki, ale chłodny wiatr. Jesień na dobre zapanowała w tym wielkim i pełnym sztuki miasteczku, które nigdy nie milknie. Sonia otworzyła parasol i westchnęła ciężko patrząc na swój mokry już czarny trencz, który kupiła kilka dni temu w We Bandits przy Teobaldgasse 14. Wyobraziła sobie już minę swojej zaborczej szefowej. Sama myśl o reakcji wiecznie perfekcyjnej Leny Hoschek przyprawiała ją o mdłości. W tej pracy nie było miejsca na choćby drobne potknięcie, a na pewno nie w kwestii stylu. Przystanęła na chwilę i wyciągnęła z torebki vintage swój portfel. Niestety, nie znalazła tam zbyt wiele gotówki. Poczuła, że kręci jej się w głowie. Nie znosiła tej pracy. Nie znosiła blichtru, obnoszenia się z bogactwem i drogich markowych ubrań, a jeszcze bardziej świadomości, że mogłaby wydać je na coś o wiele bardziej pożytecznego niż kolejny płaszcz Burberry. Gdyby miała wybór nigdy nie zdecydowałaby się na zajmowanie modą. Jej pasją od zawsze był śpiew, ale nie potrafiła nie spełnić marzenia jej matki, która sama od zawsze chciała projektować, jednak, gdy poznała ojca Sonii wszystko w jej życiu się zmieniło i musiała zrezygnować z marzeń. Sonia kochała matkę najbardziej na świecie i gdy ta pewnego dnia, nie do końca na serio powiedziała jej, że gdyby jej córka ze swoim talentem do rysowania przebiłaby się w świecie mody to ona nie pragnęłaby już w życiu niczego więcej, Sonia nie do końca wierząc wówczas w swoje szanse w show-biznesie pomyślała, że i tak nie ma nic do stracenia, że może tylko zyskać dumę i radość swojej mamy na czym od zawsze zależało jej najbardziej. Wytarła nos chusteczką, po czym wyciągnęła kartę kredytową i weszła do butiku Gucci starając się za wszelką cenę nie rozpłakać.




Nowy płaszcz, który właśnie kupiła kosztował 1000 EUR i nie był wcale jakiś wyjątkowo piękny, zwykły czarny trencz podobny do poprzedniego, jednak ponoć uszyty z ekologicznej skóry, z jedwabną podszewką. Niosła go w wielkiej, papierowej torbie z napisem Gucci, owinięty w milion folii zabezpieczających i zapakowany w karton, by nie dostał się do niego deszcz. Złapała szybko taksówkę. W środku ściągnęła mokry płaszcz, ubrała na siebie nowy i poprawiła włosy oraz makijaż. Deszcz był nieco mniej intensywny. Sonia wysiadając otworzyła parasolkę i wyszła zapłaciwszy taksówkarzowi banknotem, gdyż nie miała przy sobie drobnych, a czas ją naglił. Przemoczony płaszcz z second handu, za którego dała 150 EUR zostawiła w taksówce; i tak nie miałaby w tej chwili co z nim zrobić.
Sonia weszła do atelier Hoschek z miną, którą starała się pokazać wszystkim jak bardzo kocha swoją pracę, co oczywiście nie było prawdą. Niemal od razu zaczepiła ją Lena – jej szefowa. Sonia nie lubiła jej nachalnego tonu głosu. Dziękowała sobie, jednak w duchu, że zdążyła kupić nowy płaszcz i nieco ogarnąć swój nieład.  Wiedziała, jednak, że jej mokre włosy mogą zrazić Lenę.
- Świetna fryzura – Sonia nie wiedziała teraz, co powiedzieć. – Widziałam teraz na pokazach w Nowym Jorku, wszyscy tam teraz chodzą z włosami, które wyglądają jak lekko zmoczone. Świetne wyczucie stylu, super, że przynosisz do nas trendy z wybiegów.
Sonia była nieco zdziwiona.
- Dziękuje – odparła krótko.
- Przyjdź do mojego gabinetu za 40 minut. Mam do ciebie bardzo ważną sprawę, która nie może czekać – oznajmiła po czym oddaliła się szybkim krokiem w stronę szwalni.

Idąc do gabinetu Leny, Sonia nie do końca wiedziała, czego powinna się spodziewać po swojej szefowej. Jej entuzjastyczne powitanie dziś rano niebywale zaskoczyło Sonię i nieco uspokajało, ale wiedziała, że Lena Hoschek jest tak humorzastą osobą, że za chwile mogła jej np. powiedzieć bez ogródek, że wyrzuca ją z pracy z byle powodu i nikogo w atelier, by to specjalnie nie zdziwiło. Podeszła najpierw do sekretarki, która zaanonsowała Lenie jej przybycie. Sonia zapukała do drzwi starając się być pewna siebie i nie okazać swojego zdenerwowania. Lena rzadko wzywała pracowników do gabinetu, zwłaszcza gdy byli to tylko asystenci. W atelier Hoschek mogło to oznaczać tylko dwie rzeczy: awans albo wyrzucenie z pracy. Już, gdy szła w kierunku gabinetu Leny niektórzy odwracali za Sonią głowy, czasami z zaciekawieniem wymieniając poglądy i koncepcje na temat tematu rozmowy z ich szefową. Sonia wzięła głęboki wdech i weszła do gabinetu Leny.
- Dobrze, że jesteś – powiedziała z entuzjazmem szefowa atelier. – Usiądź, proszę. Czekamy jeszcze na kogoś.
Przez równe dziesięć minut Lena Hoschek siedziała w milczeniu i wyglądała na naprawdę zdenerwowaną i przejętą. Sonia nie miała nawet odwagi, by zapytać o co w tym wszystkim chodzi dlatego postanowiła postarać się cierpliwie zaczekać na gościa, który miał niedługo nadejść. 
Dziesięć minut później Lena zaczęła już nerwowo zerkać na zegarek. Kiedy zadzwonił jej służbowy telefon omal nie upuściła go próbując odebrać.
- Nasz gość już jest. Pokaż klasę. Masz naprawdę bardzo dużo szczęścia. – Sonia wstała i poprawiła swoją idealnie skrojoną marynarkę od Gautiera i spojrzała na swoją szefową. Do pomieszczenia weszły dwie osoby. Jeden z nich był dobrze zbudowany, krótko ścięty i wyglądał na mężczyznę w średnim wieku. Stał raczej obok i uśmiechał się raczej delikatnie. Cała uwaga Sonii i Leny skupiła się na drugiej osobie, która weszła do pokoju. Sonia słyszała o tej artystce wielokrotnie, jednak poza słuchaniem jej płyty, której nawiasem słuchała ostatnio prawie codziennie w drodze do pracy (gdy nie jechała taksówką) nie interesowała się specjalnie tym kim jest ta intrygująca wiedeńska artystka. Jeżeli istniało coś takiego jak pierwsze wrażenie i osoby, które wchodząc do pomieszczenia wypełniają je swoją aurą i skupiają na sobie uwagę samą osobowością i prezencją to właśnie tego rodzaju osobą była Conchita Wurst. Jej uśmiech był tak subtelny i szczery, że nawet wiecznie poważna i zdystansowana Lena Hoschek odwzajemniła jej gest.
- Witaj, Leno. Miło mi cię znowu widzieć. Cieszę się, że mogę współpracować z kimś kto jest mi bliski również prywatnie i jestem pewna, że nasz teledysk będzie naprawdę piękny – powiedziała Conchita na powitanie ściskając szefową atelier.
- Witaj, Conchito. Również jestem bardzo dumna i szczęśliwa, bo to dla nas naprawdę ważna współpraca. – spojrzała w kierunku Sonii. – Chciałabym ci przedstawić moją asystentkę. To jest Sonia Moniuszko. Pracuje od nas prawie od roku i jest naprawdę utalentowana.  Właściwie to Sonia nie jest już asystentką, bo dałam jej dziś awans na pełnoprawnego projektanta. Powinnaś zobaczyć jej projekty, Conchito. Ma wielki talent.
Sonia uśmiechnęła się szeroko i uścisnęła dłoń Conchity.
- Jest mi niezwykle miło cię poznać, Soniu. Nie mogę się doczekać, by móc zobaczyć twoje projekty. – powiedziała artystka. – Nawiasem mówiąc to Lena raczej mało kogo chwali, więc jestem naprawdę ciekawa twoich pomysłów i mam nadzieje, że przydadzą się przy naszej pracy nad teledyskiem.
Sonia początkowo nie wiedziała do końca, co ma na myśli Conchita.
- Och, wybacz. To miała być niespodzianka dlatego nic nie mówiłam. Conchita pracuje teraz nad teledyskiem do piosenki „Where Have All The Good Men Gone”. Oczywiście, ma już swojego stylistę, jednak poprosiła mnie bym znalazła jakąś kobietę- projektantką, która z innym punktem widzenia podejdzie do pracy nad strojami, głównie nad sukienką, ale to już dokładnie powie ci Conchita w trakcie pracy. Jeżeli oczywiście przyjmujesz nowe zlecenie.
Sonia spojrzała na Lenę, a później na Conchite.
- Oczywiście, to dla mnie naprawdę wielki zaszczyt – Sonia nie do końca wierzyła, że jest to decyzja samej Leny.
Była pewna, że wstawił się za nią ojciec Leny – Leon Hoschek. Nie wierzyła, że po latach przyjaźni z jej matką Leon nie zatrudnił ją w atelier Hoschek ze względu na ich zażyłość. Gdyby nie chęć spełnienia marzenia matki nigdy nie zgodziłaby się na załatwianie czegokolwiek i ułatwianie sobie sprawy kontaktami. Zawsze obiecywała, że osiągnie wszystko, jeśli będzie miała możliwość, ale tylko sama. Jej matka zrezygnowała dla jej ojca z pasji swojego życia. Gdyby nie to, Lena nigdy by się nie urodziła. Czuła od zawsze, że sukces w branży modowej to coś co musi zdobyć bez względu na wszystko. Nieważne, że w jej sercu i w głowie ciągle brzmiały nowe akordy i pomysły na piosenkę. Mogła je wyśpiewać tylko późnymi wieczorami w swojej małej, chociaż czasami przytulnej kawalerce na przedmieściach Wiednia, w której czuła się zawsze bardzo samotnie. Teraz stała przed możliwością współpracy z artystką, której historia naprawdę ją inspirowała, chociaż starała się o tym nie myśleć, bo wtedy co raz bardziej żałowała, że nie będzie miała możliwości nigdy spełnić swojego marzenia o życiu z muzyki.
- To od czego zaczynamy? – zapytała z entuzjazmem Conchita.

Sonia poczuła po raz pierwszy w życiu szczęśliwa z tego, że jest projektantką mody, ale nie mogła wówczas wiedzieć, że współpraca z Conchitą Wurst zmieni jej życie na zawsze.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz