czwartek, 5 maja 2016

Rozdział szósty

Jej myśli dryfowały gdzieś daleko. Miała wrażenie, że minęło kilka lat, a ona jest wiele kilometrów dalej, a nie w szpitalnym łóżku na przedmieściach Wiednia. W pewnym momencie usłyszała głosy osób, których nie widziała. Czuła obecność i strzępki rozmów już od dawna, ale nie umiała zrozumieć, co do niej mówią. Teraz zaczęła składać słowa w całość.

- Jak mogłaś nam o tym nie powiedzieć? Ciągle nie rozumiem - mówił ledwie opanowany męski, tubalny głos.
- Daj spokój. Wiesz przecież, że nie chciałam zranić Toma, ale to nie moja wina... Nie wiem, co powiedzieć. Ta dziewucha mogła być moją córką, a jest tylko dzieckiem Leona. Jej matka zabrała mi człowieka, którego zawsze kochałam, a teraz ona chciała mi odebrać Toma.
- Bredzisz znowu. To co było między Tobą a Hoschkiem nie jest winą Sonii. Na boga, przecież ona nawet nie wiedziała, że on jest ojcem. Poza tym to niedorzeczne. To jest sprawa między wami. Nie mieszaj w to Sonii ani tym bardziej Toma. Teraz on może umrzeć przez twoje gierki. Dziwię się, że w ogóle z tobą rozmawiam. Mieliśmy się nie kłócić przy nim... Nie zdajesz sobie nawet sprawy z tego, co narobiłaś. Zaufałem ci od początku. Gdyby nie ja ciągle podawałabyś kawę dla spoconych biznesmenów w jakieś słabej firmie - Rene wstał z miejsca i przeczesał dłonią włosy starając się opanować zdenerwowanie. 
Patrzył na Nicole wyczekująco czując narastającą wściekłość.
- Teraz pójdziesz ze mną i w końcu wytłumaczysz tej biednej dziewczynie o co w tym wszystkim do cholery chodzi. Czeka na korytarzu od tygodnia tak samo jak twoje dzieci, a ty nie raczysz nawet z nimi zamienić kilku słów.
Nicole poczuła się pokonana. Spojrzała na leżącego na łóżku chłopaka i dotknęła jego dłoni. Mimo, że od postrzelenia nie minął nawet tydzień na jego zmęczonej twarzy nadal widać było resztki makijażu, które było niczym ponure wspomnienie tragicznej nocy. Popatrzyła na niego z miłością i wtedy dotarło do niej jak wielu ludzi zraniła starając się go zmienić. Obiecała, że zrobi wszystko, by był szczęśliwy, ale gdzieś tam w swoim samotnym, zranionym przed laty sercu uwierzyła, że ten młody, piękny i odważny mężczyzna porzuci dla niej to, o co całe życie walczył. Nawet z samym sobą. Jak mogła w ogóle pomyśleć, że jest w stanie zmienić geja oferując mu swoje uczucie i troskę. Chyba za bardzo się w tym wszystkim zapędziła. Za bardzo otworzyła swoje serce przed Tomem jednocześnie zapominając o tym, co zrobili dla niej inni. Odwróciła się pospiesznie w kierunku drzwi jakby przypomniała sobie nagle o istnieniu Rene. W pomieszczeniu, jednak już go nie było, a drzwi były otwarte. Nicole rzuciła jeszcze jedno krótkie spojrzenie w kierunku Toma i chciała pocałować go w rękę, ale w ostatniej chwili po prostu lekko ją ścisnęła i ze smutkiem wyszła na korytarz szukać Rene. 




Pił wodę z automatu i rozmawiał zdenerwowany z Sonią i dziećmi Nicole. Andre i Jacques też tam byli. Kiedy napotkali spojrzeniem Nikki rozmowy ucichły. Kobieta spojrzała na wszystkich, na koniec na swoje dzieci i na Sonię po czym spuściła wzrok. Nie umiała teraz z nimi rozmawiać. Nie miała odwagi. 
- Przepraszam - wyszeptała czując napływające do oczu łzy i po prostu wyszła w pośpiechu z sali.
Zatrzymała się dopiero przy ławce na zewnątrz i odwróciła się, by spojrzeć w kierunku szpitala.
"Zarzucałam tej dziewczynie, że tutaj nie pasuje, a chyba ja nie pasuję o wiele bardziej". 
Pomyślała z żalem i wykręciła numer taksówki.

Krople deszczu zaczęły uderzać o krawężnik z co raz większą siłą. Nicole wsunęła dłonie do kieszeni swojego trencza mając nadzieję, że w oczekiwaniu na taksówkę trochę ją to ogrzeje. Tak naprawdę, jednak wcale nie było jej zimno z powodu deszczu. Poczuła się nagle cholernie samotna.

Taksówka podjechała pod szpital chlapiąc jednocześnie wodą z kałuży na wszystkie strony. Nieoczekiwanie obok Nicole nagle pojawiła się Sonia. Miała oczy jakby wcześniej dużo płakała.
- Powiesz mi w końcu dlaczego? Co jest ze mną nie tak?
- Opowiem ci wszystko - odparła zimnym tonem Nicole i spojrzała w kierunku taksówki.
Obie wsiadły. To miała być długa i naprawdę trudna rozmowa.


*

Siedział obok Toma uśmiechając się lekko jakby wiedział, że jednak pewnego dnia się obudzi. Z jednej strony obawiał się, a z drugiej naprawdę wierzył, że znowu będą razem się śmiać i wygłupiać udając małżeństwo. Lubił te żarty. 
Na stoliku obok łóżka leżał  telefon komórkowy Toma, co dopiero teraz zauważył. Zerknął najpierw na niego, a potem delikatnie podniósł z szafki telefon. Zawahał się, jednak zaczął po chwili sprawdzać wiadomości. Pierwszym na co się natknął było 78 nieodebranych połączeń od Umberto. Kojarzył tego faceta i doskonale pamiętał, co go łączyło z Tomem. Nie wiedział, jednak że ten podstarzały, nieco dziwaczny fotograf znowu jest w Wiedniu. Odczytał kilka sms-ów od niego i poddał się po szóstym, ponieważ miał wrażenie, że zaraz zwymiotuje.
Odłożył telefon i po chwili zobaczył, że ręka Toma lekko się poruszyła. Delikatnie jej dotknął. Tom zaczął się uśmiechać. Jacques zawołał lekarza. Ten właśnie zaczął tłumaczyć Jacquesowi, że czasami się tak zdarza i uśmiechy, czy ruchy dłoni nie są niczym dziwnym, gdy jest się w śpiączce, ale wtedy właśnie Thomas otworzył oczy. 
- Tom... Jesteś z powrotem... - wypalił bez namysłu ciągle uśmiechając się szeroko.
- Ty też jesteś... - odparł drżącym głosem, a pielęgniarki od razu podały mu wody.
Uśmiech Toma zawsze był tym, który potrafił rozświetlić nawet najbardziej ciemny dzień w życiu Jacquesa, ale tamten uśmiech na pewno zapamiętał do końca życia.



*

Nicole nie odezwała się aż do czasu, gdy dotarły do jej mieszkania. Sonia wyszła z założenia, że nie ma już nic do stracenia, więc nawet jeśli ją zabije w ramach dalszej zemsty to niespecjalnie się tym martwi. Chciała tylko wiedzieć w końcu dlaczego od jej pojawienia się w Wiedniu Nicole próbuje zniszczyć nie tylko ją, ale też ludzi, których obie kochają i szanują. 
Sonia usiadła na kanapie i spojrzała na nią.
- Możesz w końcu mówić... Albo mnie zabić od razu? Chcę mieć już to wszystko za sobą - powiedziała beznamiętnym tonem. 
- Jesteś zupełnie inna niż Leon. Pewnie jesteś bardziej jak matka. 
Teraz Sonia patrzyła na nią ze zdziwieniem w oczach.
- Leon Hoschek jest twoim ojcem. Ja i Leon byliśmy kiedyś razem dopóki nie poznał twojej matki. Rozstaliśmy się, bo Marta była dla niego ważniejsza. Nie byli rzekomo razem, ale Leon ją kochał. Miała być projektantką mody, a on jest szefem atelier, więc nie robiłam sobie złudzeń. Wszystko miał zaplanowane. Kiedy, jednak twoja matka przyszła do niego mówiąc, że poznała jakiegoś doktora czy tam fizyka i wyjeżdżają razem myślałam, że może wreszcie znowu zauważy jak bardzo mi na nim zależy. Owszem, wróciliśmy do siebie, ale on stwierdził po pewnym czasie, że tak nie potrafi. Zaczął wygadywać brednie typu ,,ciągle kocham Martę", ,,to nie fair wobec ciebie i mnie samego". Przestałam już mu wystarczać. Na jedną noc to się mógł umawiać z każdą, a na poważnie to... dobra nie mówmy o tym... - Nicole nawet nie zauważyła kiedy po jej twarzy zaczęły płynąć łzy.
- Wytrzymaliśmy razem prawie sześć lat ciągle się szarpiąc, kłócąc i wracając do siebie. Rozstaliśmy się definitywnie, ale było za późno, bo byłam w ciąży. Nie powiedziałam mu, bo stwierdziłam, że nie chcę, żebyśmy dalej udawali. Niedługo przed rozstaniem w moim życiu pojawił się też Rene Berto i paru innych mężczyzn, więc Leon nigdy nie miał potrzeby pytać... 
Sonia przerwała jej w pół słowa.
- Więc prawie zabiłaś swojego najlepszego przyjaciela, chciałaś mnie zniszczyć i wszystkich do siebie zraziłaś, bo chciałaś się zemścić na mnie za to, że mój biologiczny ojciec kochał moją matkę, a nie ciebie?
Sonia spojrzała na Nicole. Widziała jej rozmazany makijaż, żal i bezradność. Nie wiedziała co powiedzieć.
- Oczywiście, że to nie byłam ja. Parę miesięcy temu zaczął się do mnie dobijać Diego... Mój drugi mąż, były mąż - wytarła łzy chusteczką. - Przypomniał sobie nagle o Melanie. Jego matka jest umierająca, ale kiedy byliśmy razem Mel bardzo się z nią zżyła. Diego jest kryminalistą, gra w hazard, robi jakieś czarne interesy... Matka nie chce niczego mu przepisać, a za to powiedziała, że cały swój spadek odda Melanie, bo zawsze ją kochała jak wnuczkę, a jemu nie ufa. Diego chciał znowu być blisko Mel ze względu na spadek. Poza tym myślał, że ona jest jego dzieckiem, więc wtedy uważał, że bardziej mu się należy współudział w podziale testamentu. To jest straszne...
Znowu sięgnęła po chusteczkę, a głos ugrzęzł jej w gardle. Wyszła do kuchni. Przyniosła z barku whisky i zaczęła pić jakby myślała, że to pomoże jej dalej mówić.
- Powiedziałam mu, że Mel nie jest jego córką, pokazałam badania. Dostał furii. Stwierdził, że i tak możemy udawać, bo tak będzie ,,lepiej dla nas wszystkich".  Wykrzyczałam mu w twarz, że ona nawet go nie pamięta, że rozstaliśmy się po pół roku małżeństwa i potem ani razu nawet nie spytał, co u niej. Powiedział, że mnie zniszczy. Przeczuwałam, że ktoś mnie śledzi od pewnego czasu, ale nie spodziewałam się, że to może być Diego lub ktoś z jego ludzi. 
- To oni postrzelili Toma? - zapytała Sonia nie mogąc uwierzyć w całą historię.
- Najpierw zażądali gotówki. Wiedzieli, że Tom jest bogaty, a ja również nie mogę narzekać będąc jego asystentką. Nie dałam rady zdobyć tej gotówki. Nie mogłam po prostu otwarcie od kogoś pożyczyć. Dlatego zjawiłam się w firmie z prośbą o pożyczkę wtedy nic nie mówiąc. Diego i tak stwierdził, że to za mało. I dlatego...
Nie mogła uwierzyć, że do tego wszystkiego dopuściła. Czuła się jakby jednocześnie zniszczyła kawałek życia kilku osobom. 
- Daj mi szklankę - powiedziała nagle Sonia. 
Nicole bez słowa wstała i podała jej. Dziewczyna nalała sobie whisky i sama też zaczęła je pić. Obie milczały. Nie wiedziały, co mają teraz o tym wszystkim myśleć. 
- Zupełnie się zmieniłaś odkąd z nami jesteś - wypaliła nagle Nicole.
- Może po prostu ty zaczęłaś bardziej dostrzegać innych ludzi i to jacy są.


- Sonia, przepraszam cię - powiedziała bez cienia ironii w głosie.
Popatrzyła na Nicole i zobaczyła w jej oczach prawdziwy żal.
- Myśl, że mogłabyś być moją córką powoduje, że znowu myślę o Leonie, a jednocześnie... nawet nie wiem jak to ująć. Pogubiłam się w tym wszystkim.
Spuściła wzrok i upiła whisky.
- Czy... czy ty czujesz coś do Toma? - Nicole zebrała się wreszcie na odwagę, by zadać Sonii pytanie, co było jednoznaczne z tym, że alkohol zaczął już działać.
- Myślałam, że czuję. Chciałam czuć. Nie wiem. Ale nie czuję. Tak samo jak do mojego przyjaciela Nicholasa. Jest cudowny i się staram, ale z Thomasem jest tak samo. Lubię ich, mogę im wszystko powiedzieć, ale to bez sensu. Nie umiem się zmuszać. Poza tym Tom jest gejem, więc nawet nie muszę się starać - wypiła resztę drinka i sięgnęła po butelkę, by dolać sobie alkoholu, ale Nicole ją ubiegła i zrobiła to za nią.
Długo myślała nad odpowiedzią patrząc jednocześnie na Sonię.
- To chyba ja mam coś podobnego. Czasami każdy jest samotny tak bardzo, że próbuje na siłę coś poczuć, żeby tylko ktoś wreszcie zwrócił uwagę. Można się ,,zakochać" w każdym przy odpowiedniej desperacji. Wiesz co mam na myśli.
Sonia spuściła wzrok.
- Ale z Leonem musiało być inaczej....
- To był pierwszy i jedyny mężczyzna w moim życiu, który po prostu po ludzku się o mnie troszczył. 
Przyzwyczaiłam się i polubiłam to, że komuś może zależeć na mnie, a nie na kasie albo na  tym, żeby mnie przelecieć. I wiesz.. teraz już nie wiem do końca, czy kiedykolwiek kochałam Leona. Miłość to coś innego. Gdybym była na jego miejscu i twoja matka, by mi uciekła to pewnie bym ją zabiła z zazdrości albo jakoś zatrzymała. On po prostu powiedział, że zależy mu na jej szczęściu. Tyle. Zero zmuszania, przekonywania. To chyba jest miłość. Nie wiem, tak mi się wydaje...
Sonia spojrzała na ciągle rozmazaną i zapłakaną Nicole.
- Masz papierosy?
Zobaczyła cień uśmiechu na jej ustach. Nicole wstała i przyniosła z szuflady paczkę Marlboro, zapałki i popielniczkę.
Sonia odwzajemniła jej blady uśmiech i zapaliła najpierw sobie, a potem jej.
- Opowiesz mi coś o tym Nicholasie?
Miała wrażenie jakby Nicole na chwilę przestała myśleć o problemach i błędach tylko na powrót była tą samą nieco wyrachowaną, ale jednocześnie na swój sposób uroczą kobietą z nieodłącznym papierosem w dłoni.

Sonia zaciągnęła się dymem i zaczęła opowiadać całą historię od początku. O tym jak poznała Nicholasa w pracy w atelier, o jego talencie pisarskim, a także o tym, gdy zaczął się o nią troszczyć i przestrzegał ją przed Tomem, Nicole i resztą. Potem przeszła do etapu, gdy Nicholas zaczął naprawdę się o nią starać. 
- A ja nic nie czułam - powiedziała na koniec i wypuściła dym ustami.



- Myślałam, że jak powiem mu, że zależy mi na Tomie to odpuści. Pomyśli sobie, że przesadzam, bo wiem, że on woli facetów, ale jednocześnie odpuści widząc jak jestem pokręcona z tym wszystkim. I odpuścił w pewnym momencie. Podobnie jak Leon. Znaczy, podobnie jak mój ojciec - westchnęła krótko.
Nicole słuchała jej opowieści i z każdą chwilą przestawała rozumieć dlaczego oceniła Sonię od razu przez pryzmat urazy do jej matki. Tak bardzo zaślepiła ją zazdrość i własna zaborczość z powodu strachu przed samotnością, że na długo przestała zauważać istnienie ludzi w swoim otoczeniu i zaczęła powoli sobie zdawać sprawę jak wiele przez to straciła. Przesiadła się obok Sonii i spojrzała na nią.
- Chyba, jednak źle cię oceniłam. Przepraszam cię.
Sonia odstawiła szklankę na stolik i popatrzyła na Nicole.
- Ja od początku czułam, że musi być jakiś powód tego wszystkiego. Nie jestem na ciebie zła. Bardziej jest mi żal, bo pewnie gdybym nie przyjechała tutaj to nie wydałaby się sprawa z Leonem i dzisiaj Tom nie leżałby w śpiączce - strzepała popiół do popielniczki.
Nicole pokręciła przecząco głową i również odstawiła swoją szklankę.
- Nie możesz tego wiedzieć. Przecież to, że Diego nagle się odezwał nie miało absolutnie żadnego związku z tobą.
Sonia poczuła się nagle dość dziwnie. Poczuła zapach perfum Nicole i zaczęło jej się kręcić w głowie. Dotknęła dłoni Nicole i odłożyła jej papierosa do popielniczki. Nic nie mówiąc pocałowała ją nagle w usta. Zobaczyła uśmiech na jej twarzy i już wiedziała jaki był kolejny powód dla, którego Nicole wolała ją znienawidzić.

*

- Myślisz, że naprawdę nie powinniśmy zadzwonić do Nicole? - zapytał Thomas uśmiechając się do leżącego obok Jacquesa.
- Jeszcze się pytasz? - po łóżku nagle przeszedł kot depcząc przy okazji kołdrę po czym wskoczył na wiklinowe krzesło obok. - Tom, przecież przez nią omal nie zginąłeś.
- Ale myślę, że mimo wszystko powinniśmy pozwolić jej to wszystko wytłumaczyć.
- Ale co ty chcesz wyjaśniać? Rene ci powiedział przecież. Ten Hoschek jest ojcem Sonii, a to był jej facet. Z zazdrości próbowała ją od ciebie odseparować, bo chciała być jedyną kobietą w twoim życiu. Z desperacji posunęła się do dziwnych kroków, ale ważne, że jesteś tutaj przy mnie cały i zdrowy - pogładził go po policzku.
Tom westchnął przeciągle.
- Myślisz, że wszystko jest takie proste. Nie wierzę, że zrobiłaby to wszystko tylko z zazdrości. Chciałbym wiedzieć dlaczego.
Jacques pocałował delikatnie i objął Toma.
- Nic nie jest proste, kochanie. Ale wiesz, co jest teraz dla mnie najważniejsze?
Że jesteś tutaj ze mną o poranku i wcale nie jesteś Conchitą tylko tym uroczym, najcudowniejszym na świecie facetem, który bywa irytujący, ale jednocześnie jest prawdziwą i jedyną miłością mojego życia.


~ * ~

Dla tych, którzy nigdy nie przestają marzyć, wierzyć, pragnąć i mierzyć wysoko.
Bo tylko tacy potrafią zamieniać marzenia w cele, a potem je realizować.





poniedziałek, 22 lutego 2016

Rozdział piąty

Poranne promienie słońca wdarły się przez okno i obudziły śpiącego na fotelu Toma, który potrzebował kilkudziesięciu sekund, by zdać sobie sprawę, gdzie spędził minioną noc. Po chwili przypomniał sobie wszystko i roztarł zmęczoną twarz po czym spojrzał na śpiącą w łóżku obok Sonię. Zerknął odruchowo w wyświetlacz swojego telefonu. Dwadzieścia osiem nieodebranych połączeń od Umberto. Żadnych wiadomości. Spojrzał raz jeszcze w kierunku śpiącej Sonii po czym wstał i wyszedł do kuchni. Miał wrażenie, że jego głowa zaraz eksploduje po kolejnej niemal nieprzespanej nocy. Zauważył ekspres do kawy na wyspie kuchennej i postanowił, że nie czekając na Sonię zaparzy sobie mocny napój, który miał nadzieję, że go otrzeźwi. Ustawił kubek na dyszą i włączył sprzęt, gdy usłyszał, że jego telefon, który położył przed chwilą na blacie właśnie dzwoni. Zerknął w wyświetlacz i wytrzeszczył oczy. To była Nicole. W pośpiechu odebrał połączenie.
- Posłuchaj mnie Tom, cokolwiek się zdarzy nie rozmawiaj, ba nawet nie zbliżaj się do Sonii Moniuszko. Obiecaj mi, że nie będziesz się z nią kontaktował - jej głos drżał i wydawało się, że z trudem łapie oddech.
- Ale Nikki o co chodzi? Możesz mi powiedzieć, gdzie jesteś i co się dzieje? Wszyscy się martwimy, ja niczego nie rozumiem co... - chciał mówić dalej, ale mu przerwała.
- Chcę cię tylko chronić. Nie możesz niczego wiedzieć. Po prostu mi zaufaj.
- Ale... jesteś bezpieczna?
- O nic się nie martw. Wszystko będzie dobrze, ale musisz zerwać wszystkie kontakty z Sonią Moniuszko, a także z całym atelier Hoschek.
- Ale Lena jest moją przyjaciółką? Co ty znowu wymyślasz, Nicole?
- Mel wraca jutro z obozu. Poprosiłam Chrisa, żeby też przyjechał do Wiednia na pewien czas. Proszę, zaopiekujcie się nimi przez pewien czas. Niedługo wrócę.
Tom był co raz bardziej zdezorientowany.
- Nicole, co do tego wszystkiego mają do cholery twoje dzieci?
-Zajmiecie się nimi?
- Tak, ale o co...
Nie zdążył zadać pytania, ale ona rozłączyła się. Próbował oddzwaniać ze dwadzieścia razy. Za kolejnym razem usłyszał w słuchawce: ,,Nie ma takiego numeru".





Tom nie czekał aż Sonia wstanie. Napisał jej tylko kartkę z informacją, że zadzwoni później. Postanowił zamówić taksówkę i pojechać od razu do Biura. Przy wejściu powitał go Rene, który od razu wstał z miejsca zatrzaskując odruchowo laptopa i podszedł do Toma. Wiedział o telefonie Nicole. Do niego też dzwoniła tylko z innego numeru.
- Co mamy robić? - zapytał w końcu Tom nerwowym tonem. - Jutro wieczorem mam występ dla ORF-u. Nie wiem, czy w ogóle powinienem się na niego zgodzić. Telefon od Nikki całkowicie wytrącił mnie z równowagi. Boję się o nią, o nas, o Sonię... Niczego nie rozumiem.
Przerwał na chwilę i zaczął chodzić po pokoju. Zrobiło mu się słabo. Rene pomógł mu usiąść i podał szklankę wody.




- Co z tym twoim własnym śledztwem, o którym mówił Jacques? - zapytał nadal drżącym tonem.
Rene usiadł obok niego.
- Nie jestem przekonany. Chyba doszedłem do pochopnych wniosków. Wszedłem za bardzo w aspekty prywatne...
- O co chodzi Rene?
Menadżer spojrzał na artystę; był zdenerwowany i nieco speszony.
- Mam wrażenie... Pomyślałem, że może ja jestem ojcem Melanie i Nicole robi to specjalnie, bo chce mnie ukarać za to, że... wiesz, niczego nie powiedziałem i zająłem się budowaniem karier innych w tym kariery Conchity i...
Tom spojrzał na Rene zszokowany.
- O czym ty mówisz?
Rene roztarł dłonie o siebie i spojrzał w czubki swoich czarnych, wypastowanych butów.
- Poznałem Nicole ponad 10 lat temu w ORF-ie. Podawała kawę, robiła ksero. Była sekretarką bez dużego doświadczenia, świeżo po rozwodzie, z nastoletnim synem na wychowaniu. Ja pracowałem tam dłużej, ona dopiero przyszła. Sprawiała wrażenie pewnej siebie, takiej, która niczego się nie boi i do tego zuchwałej...Od początku mnie zaintrygowała.
- Będziesz mi teraz opowiadał wszystkie szczegóły?
Zignorował wypowiedź Toma i kontynuował swoją wypowiedź.
- Widziałem, że jej się podobam. Zawsze się rumieniła, gdy przynosiła mi kawę i dokumenty. Kiedyś jakoś tak wyszło po prostu... Mieliśmy romans przez kilka miesięcy. Chyba nawet coś do niej czułem, ale był jeszcze jeden facet. Robił z nami interesy, chciał sprzedać prawa do albumu jakiegoś hiszpańskiego wykonawcy, który wyprowadzał się właśnie do Wiednia za narzeczoną i wydać jego album w Austrii. Był z Hiszpanii chociaż nie wyglądał na typowego Południowca. Był niesamowicie przystojny, podobał się kobietom. Nicole zakochała się w nim od pierwszego momentu. Ciągle o nim mówiła, unikała spotkań. To o Diego Fernandez był facetem, o którym otwarcie mówiła, że go kocha w biurze i przy innych pracownikach, wszędzie. Mnie przy innych traktowała zawsze jak przyjaciela, a nawet, gdy byliśmy sami nigdy nie powiedziała, że mnie kocha. Wiesz, Nicole zawsze miała wielu przyjaciół. Między innymi Leona Hoschka, ojca Leny, który chyba miał do niej specyficzną słabość, ale nigdy nie byłem o nich zazdrosny do momentu, gdy w firmie pojawił się Diego Fernandez. Wkrótce przyszła do mojego biura i powiedziała mi, że jest w ciąży z Diego, że odchodzi i że bierze z nim ślub. Wiedziałem, że to fascynacja i zauroczenie, że ich małżeństwo nie ma szans, ale nie chciałem jej zatrzymywać. Jakoś wtedy nie pomyślałem, że Melanie może być moim dzieckiem. Prawie wtedy już nie.. - odchrząknął nerwowo. - Ale i tak czułem się wobec niej zobowiązany. Kiedy przyszedłeś do Starmanii cieszyłem się, że odnaleźliście wspólny język mimo, że spotkaliście się przypadkiem, gdy podała Ci butelkę wody, a media zrobiły Wam wtedy zdjęcie, na którym wyglądaliście jak para przyjaciół. Kiedy powierzyli mi bycie Twoim menadżerem starałem się wkręcić w to Nicole. Od początku chciałem, żeby była Twoją asystentką. Jest wyszczekana, odważna, przez lata w ORF-ie nauczyła się wielu sztuczek i wiedziałem, że jest najlepsza na to stanowisko. Cieszyłem się, że zbliżacie się do siebie. Jednego tylko się obawiałem. Nicole nie rozumie słowa ,,nie" i chce mieć wszystko, czego zapragnie. Któregoś dnia po alkoholu powiedziała, że ,,zrobi z ciebie hetero". Nie brałem jej słów na poważnie, ale od tamtego momentu dziwnie na ciebie patrzyła i zaczęła oglądać się za młodszymi facetami. Niedługo potem przyłapałem ją na paleniu jointa i na całowaniu się z jakimś młodym chłopakiem. Spytałem co wyprawia, a ona zaczęła się tylko śmiać. Powiedziała, że to nie jesteś ty, ale przynajmniej jest młody, przystojny i ją chce. Nie chciałem się wtrącać. Od prawie roku zacząłem się domyślać, że mogę być ojcem Melanie, ale ona miała tylu facetów, że nie wiem tego...

Tom był wyraźnie wstrząśnięty monologiem Rene.
- Raz.. - Tom przełknął ślinę. - Pocałowała mnie w usta i chciała... ale powiedziałem, że jestem gejem i wyszedłem z pokoju, a potem z jej mieszkania. Na drugi dzień nie wspomniała o tym ani słowem. I potem też nic nie mówiła i nigdy więcej nie próbowała. Ale... nie rozumiem jak to możliwe...
Artysta wstał z miejsca i spojrzał na siedzącego Rene.
- Ale ja w to nie wierzę. Pewnie chodzi o coś innego i Nicole wkrótce powie nam o co w tym wszystkim chodzi.

*




Tom zdążył zadzwonić do Sonii i powiedzieć tylko bardzo ogólnie o telefonie od Nicole i jej prośbie. Zważywszy na to, że nie wiedzieli, co im może grozić zdecydowali się przez kilka dni nie kontaktować ani nie spotykać. 
Nadszedł wieczór występu w ORF-ie. Conchita siedziała przed lustrem i poprawiała makijaż. Podszedł do niej Matt i z uśmiechem zaczął układać jej perukę.
- Cieszę się, że znowu występujesz. Miałaś dość długą przerwę, ale królowa jest tylko jedna.
- Ciągle nie jestem przekonana. Wydaje mi się, że ze względów bezpieczeństwa.. może lepiej byłoby zaczekać trochę z tym..
Ku jej zaskoczeniu, Matt pocałował ją w rękę. Zaśmiała się zdziwiona.
- Od razu lepiej. Taka właśnie jest Conchita. Zawsze pozytywna, otwarta, subtelna i odważna. Uwierz mi, to będzie cudowny występ, jak zawsze. Niczym się nie martw. W końcu królowa jest tylko jedna.

*

Wyszła na scenę jeszcze nieco spięta, ale jednak krótka rozmowa z Mattem bardzo ją zmotywowała i dodała jej odwagi. Podeszła do mikrofonu i spojrzała na wszystkich tych ubranych elegancko, w połyskujące suknie i eleganckie garnitury ludzi, którzy czekali w skupieniu na jej występ. Nie lubiła tych wszystkich jubileuszy i zamkniętych imprez w ORF-ie, na które przychodzili w większości snobistyczni bogacze i potentaci telewizyjni, którzy mieli więcej pieniędzy i wpływów niż rozumu, ale doskonale rozumiała jak ważną rolę odgrywają w jej karierze. Kiedy zabrzmiał pierwszy dźwięk otwierający zawsze utwór "Rise Like a Phoenix" przymknęła lekko powieki i wzięła mikrofon do rąk. Zaczęła śpiewać z każdą nutą przypominając sobie jak bardzo to kocha. Każdy dźwięk tej melodii był dla niej całym światem. Bo scena była dla niej całym światem. Kochała to i wiedziała, że chce to robić do końca życia. Kiedy rozbrzmiał drugi refren uśmiechnęła się szeroko i jednocześnie bardzo subtelnie dając z siebie wszystko, by ta najdłuższa nuta dopełniła dzieła tego kolejnego genialnego wykonania. Nagle na sali podniósł się hałas. Ludzie wstali. Conchita nadal ciągnęła ostatni dźwięk. Ludzie zaczęli się odwracać w stronę hałasu, którzy był co raz wyraźniejszy. Był to dźwięk strzałów. Conchita poczuła jak jej serce bije co raz szybciej. Dokończy ten dźwięk choćby miał być jej ostatnim w życiu. Słowo "flame" nie wyszło z jej ust tylko prosto z serca i było to najlepsze wykonanie utworu "Rise Like a Phoenix" w jej karierze, jednak niewiele osób to słyszało. Na scenę wbiegli Andy i kilku innych mężczyzn z ORF-u. Pojawiła się ochrona. Starali się czym prędzej wyprowadzić Conchitę z sali, ale zamaskowany człowiek z pistoletem był już na scenie i mierzył w kierunku artystki. Co zaskakująco paradoksalne była spokojna. Wiedziała, że miała wyjątkowe, piękne, wręcz bajkowe życie i była za nie wdzięczna. Czekała. Nie było już gdzie uciekać. Człowiek nadal mierząc w jej kierunku, podszedł do niej i podał białą kopertę po czym strzelił jej w rękę i uciekł. Ochrona i policja na sygnale podążyła zanim w pościg. Wezwali pogotowie, a Conchita czując jak wiruje jej w głowie i traci przytomność zastanawiała się tylko kto to był, co jest w kopercie i dlaczego ten człowiek jej nie zabił...








czwartek, 4 lutego 2016

Rozdział czwarty.

Po kolejnej przerwie wreszcie rozdział czwarty.
Tym razem bez konkretnej dedykacji.
Chciałabym podziękować wszystkim, którzy czytają to opowiadanie oraz osobom, którzy wchodzą tylko na parę chwil.

Bo zawsze coś w nas zostaje...


Siedziała obok Toma i patrzyła w jego uśmiechnięte i radosne oczy, które błyszczały niemal tak jasno jak punktowe światła wokół. Słuchała jego słów śmiejąc się i wzruszając na przemian. Kelner dolewał im wina, którego ciągle ubywało, a Sonia miała wrażenie, że czas się dla niej zatrzymał. Wiedziała już dlaczego nie może przestać myśleć o jego świdrującym spojrzeniu i delikatnym uśmiechu. Kiedy zdała sobie sprawę, że kocha Thomasa Neuwirtha na początku poczuła strach. 
Nigdy przedtem żadne uczucie nie było dla niej tak silne i nigdy wcześniej nie miała wrażenia, że pokochała na całe życie. Poczuła to teraz. Tego ciepłego, letniego wieczoru popijając wino i śmiejąc się z jego dowcipów. Patrząc tylko czasami kątem oka na rozświetlony milionem światełek Dunaj powtarzała sobie w duchu tylko jedno: nigdy nie powie nikomu co naprawdę wtedy poczuła.

Na nieboskłonie widać już było zarys budzącego się do życia słońca, Tom roztarł zmęczone powieki i spojrzał na przykrytą jego bluzą Sonię, która spała na siedząco przed opróżnioną butelką wina, które wypili jeszcze przed świtem. Tom też nie wiedział, kiedy przysnął. Szukał w pamięci dnia, kiedy zasnął kiedykolwiek w Motto Am Fluss rozmawiając albo imprezując. Westchnął, gdy uświadomił sobie, że taka sytuacja nie miała nigdy wcześniej miejsca i odruchowo się uśmiechnął. Do stolika podszedł znajomy kelner, który wyglądał niezbyt wyraźnie po nocnej zmianie, którą miał za sobą. Zaczął zbierać kieliszki patrząc jednocześnie na Toma.
- No, no stary. Nieźle musiała cię zagadać ta dziewczyna. Jestem w szoku - powiedział ustawiając z trudem kieliszki na tacy.
- Sam jestem w szoku, Dieter - odparł starając się rozbudzić na tyle, by być zdolnym to samodzielnego powrotu do mieszkania.
- Czasem się zastanawiam jak to jest... - zaczął Dieter, ale w pewnym momencie jakby ugryzł się w język. - Nieważne.
Położył odruchowo dłoń na ramieniu Toma.
- Przyjdź za sekundę do baru. Zrobię ci mocną kawę. Musisz jakoś doczołgać się do domu.
Pokiwał głową.
- Chyba zadzwonię po kogoś, ale kawę chętnie wypiję.

Spojrzał na śpiącą w najlepsze Sonię i uśmiechnął się po raz kolejny. Delikatnie, by jej nie zbudzić wyciągnął z kieszeni bluzy swój telefon i poszedł do baru po drodze zatrzymując się, by spojrzeć raz jeszcze na Sonię. Dieter robiąc kawę wyjrzał w kierunku tarasu i uśmiechnął się widząc spojrzenie pełne troski, które Tom kierował w stronę swojej przyjaciółki. 

Usiadł przy barze i wziął do rąk filiżankę z czarną kawą, która była zaskakująca dobra biorąc pod uwagę fakt, że Tom nie znosił kawy bez mleka. 
- Dolałbym ci jak zawsze, ale po tym będziesz miał więcej kopa. 
- Dzięki. Co ja bym zrobił bez twojej kawy z kopem? - zaśmiał się krótko.
- Tom? Mogę cię o coś spytać, stary?
Pokiwał głową po czym upił solidny łyk kawy.
- Wiesz.. ja nigdy nie robiłem tego z kobietą. Czasami się zastanawiam jak to jest i ... Jestem gejem z krwi i kości od początku, ale ja wiem, że ty kiedyś... zanim jeszcze się wyoutowałeś miałeś różne relacje i że też byłeś z tą dziewczyną z burleski i z tamtą co cię zatrudniała pewnie też... - Dieter przerwał mu w pół zdania.
- Dieter, czy ja mogę mieć do ciebie prośbę? - Tom nie czekał nawet na odpowiedź. - Nigdy więcej nie zadawaj mi takich pytań.

Kilka minut później Sonia obudziła się i widząc Toma za barem w towarzystwie kelnera wstała i podeszła do nich, jeszcze nie do końca przytomna; czując ogromny ból głowy i suchość w gardle. 
- Hej, jestem Dieter - odezwał się kelner wycierający dopiero umyte naczynia . - Zrobić ci coś do picia? Na koszt firmy oczywiście.
Pokiwała lekko głową.
- Zrobiłem ci taką samą kawę jak Thomasowi. Tutaj potrzeba ultra mocnego kopa widzę - powiedział stawiając przed nią filiżankę.
Tom nie znosił kawy bez mleka, ale czasami ją pił. Sonia z kolei nigdy nie piła czarnej kawy, bo nie mogła znieść jej gorzkiego smaku. Tym razem, jednak postanowiła się zmusić i wypić kilka łyków w nadziei, że uda jej się wrócić do mieszkania, chociaż bycie teraz samemu to była ostatnia rzecz, na którą miała w tym momencie ochotę. 





Tom wyszedł na chwilę na zewnątrz, by zadzwonić. Potrzebowali teraz, by ktoś ich po prostu odwiózł prosto do domu. Musiałby odprowadzić Sonię do samego mieszkania, a sam nie był w stanie z powodu kaca, więc zaczął dzwonić do przyjaciół. Tamara nie odbierała, więc Tom pomyślał, że pewnie jeszcze śpią z Robertem i zdecydował, że nie będzie im dłużej przeszkadzał. Jacques powiedział, że jest w Graz, bo występował. Rene nie odbierał telefonu. Postanowił, więc zadzwonić do Umberto. Umberto był Włochem, fotografem, artystą z krwi i kości oraz jego dobrym przyjacielem jednocześnie. Tom, jednak wahał się chwilę przed telefonem do niego. Byli kiedyś razem. Mieszkali ze sobą, jedli, spali, wspierali się, imprezowali i chodzili do łóżka. Umberto był specyficznym mężczyzną. Mimo tego, że w tym roku miał skończyć 50 lat i jego włosy były już siwe to miał w sobie tyle energii i zapału, że Tom nie potrafił długo traktować go tylko jak przyjaciela. Ich związek kiedyś był otwarty. Nie ograniczali siebie, ale Tom nie do końca wiedział, czy dobrze czuje się z tym, że ma świadomość tego, że Umberto będąc na imprezie potrafi sypiać właściwie z każdym napotkanym facetem. Umberto miał w sobie urok, którego był świadomy, ale też nie umiał oprzeć się na widok kolejnego młodego przystojnego mężczyzny. Miał bzika na punkcie swojego kota. Zrobił mu profil na instagramie i wstawiał jego zdjęcia w czasie codziennych czynności montując z nich filmy z podkładem i starając się zrobić z Romualda gwiazdę. Uwielbiał też robienie selfie. Zwłaszcza w lustrze. Potrafił siedzieć z nim w restauracji, czy w domu i przez pół godziny robić sobie zdjęcia. Czasami, gdy był ,,w imprezowym" nastroju ubierał sukienkę i malował usta na czerwono albo ubierał perukę i chodził po hot dogi udając kobietę. Mimo tych wszystkich szaleństw, Umberto był mądrym i wykształconym mężczyzną. Skończył historię i filozofię na Uniwersytecie w Sorbonie oraz historię sztuki w Wiedniu. Na co dzień chodził w idealnie skrojonych garniturach, w krawacie lub w muszce i palił cygara. Na początku, Tom był pod wielkim wrażeniem Umberto. Kiedy ten jeszcze na początku kariery zaprosił go na sesję zdjęciową jako Conchita od początku wiedział, że nie uda im się zostać tylko przyjaciółmi. Umberto miał, jednak dziwny zwyczaj. Zdarzało mu się po kilku miesiącach związku stwierdzać z dnia na dzień, że ,,duszno mu w Wiedniu", dramatyzować kilka godzin, a potem stwierdzić, że wyjeżdża gdzieś i nie wróci już. Zawsze wracał nie później niż po pół roku. To Umberto zawsze dzwonił, gdy wracał. Zawsze potem było jak dawniej. Jednak teraz mijały prawie dwa lata odkąd ostatni raz z nim rozmawiał, więc był pewien, że między nimi wszystko skończone. Ostatnio dowiedział się, że Umberto wrócił do Wiednia i pracuje nad jakąś sesją razem z Jessicą Umwerk, fotografką niemieckiego "Vogue". Raz nawet spotkał go na ulicy, gdy robił zdjęcia modelce w terenie. Ten uśmiechnął się i powiedział mu tylko szybkie ,,cześć" jakby byli starymi znajomymi i wrócił do pracy. Nie wiedział, czy powinien teraz do niego dzwonić i prosić go o podwiezienie ich do domów, ale poczuł dziwną, nieodpartą chęć i wybrał numer.





- Cześć, Conchy - zawsze Umberto odzywał się pierwszy, nawet jeśli to Tom do niego dzwonił.
- Witaj. Tutaj Thomas. - nie lubił, gdy fotograf nazywał go pseudonimem scenicznym.
- Od razu się domyśliłem, że to mój Wurst - zaśmiał się krótko.
Tom odchrząknął.
- Widziałem ostatnio jak robiłeś zdjęcia na Bezirku. Nie spodziewałem się, że wrócisz jeszcze do Wiednia.
- Trochę miałem spraw, ale przecież ja zawsze wracam, kochanie. Teraz też jestem zarobiony, dlatego jeszcze nie zadzwoniłem, ale widzę, że moja gwiazda za długo była sama i tak nie może wytrzymać jak zobaczy swojego przystojniaka, że sama do niego dzwoni. To takie romantyczne.
Tom poczuł się dziwnie. Jednocześnie tęsknił za Umberto, a z drugiej strony obawiał się go znowu zobaczyć.
- Mam do ciebie prośbę, Umberto. Oczywiście, jeżeli mogę.
- Uuuu... - mruknął Włoch. - Jak ja uwielbiam, gdy wymawiasz moje imię. Możesz mieć prośbę, ale nic nie jest za darmo jak to mówią.
- Jestem ze znajomą w Motto Am Fluss. Zabalowaliśmy i jesteśmy trochę mocno nietrzeźwi. Jeśli miałbyś możliwość teraz podjechać i nas podwieźć, zwłaszcza Sonię, bo ona zasypia na stojącą to byłoby świetnie. Mnie boli tylko głowa, więc chyba dałbym radę jakoś dojechać taksówką, ale ją trzeba odprowadzić do samego łóżka, a sam nie dam rady w tym stanie.
Przez chwilę w słuchawce było cicho, a potem Umberto zaczął się śmiać cicho.
- Sam nie dasz rady odprowadzić kogoś do łóżka... No popatrz.. Gdyby to nie była dziewczyna to bym nie uwierzył. Dobrze, odwiozę twoją znajomą. Daj mi dziesięć minut, skarbie.
- Spoko, dzięki Umberto.

Po dziesięciu minutach staromodne, ale idealnie wypucowane auto Umberto Flavio podjechało pod Motto Am Fluss i zaparkowało niemalże przed samym mostkiem, którym wchodziło się na pokład tej restauracji usytuowanej na łodzi na wodach Dunaju. Krótki sygnał, który wysłał na telefon Toma świadczył o tym, że już na nich czeka. Thomas pożegnał się krótko z nieco naburmuszonym Dieterem, który powoli zbierał się do domu po nocnej zmianie marząc tylko o gorącym prysznicu i pójściu wreszcie spać. 
- Umberto już jest. Czeka na nas przy ulicy
- Nie wiem jak ci dziękować - wymamrotała Sonia schodząc razem z Tomem z mostka w kierunku starego Maybacha, który wyglądał jak wyjęty z ubiegłego wieku.
- Nie masz chyba zbyt mocnej głowy - stwierdził Tom otwierając tylne drzwiczki.
- Ja właściwie nigdy nie piją - skwitowała po czym usiadła wreszcie na tylnym fotelu i poczuła, że zasypia. Tom przykrył ją znów bluzą. Poranki były teraz zimne. 
- Zapraszam, księżniczko - Umberto wskazał na miejsce z przodu.
Tom zamknął delikatnie tylne drzwi samochodu i usiadł obok Umberto.
Włoch nie ruszał tylko lustrował wzrokiem leżącą z tyłu Sonię nakrytą jego bluzą.
- Co to za wygłupy, co kochanie? - zapytał Toma.
- Zależy o co pytasz. 
Zmierzył go spojrzeniem.
- Nie znam tej dziewczyny. Kto to jest?
Tom uśmiechnął się lekko.
- Pracujemy razem. Jest moją stylistką i dobrą znajomą.
Umberto nadal świdrował go spojrzeniem po czym zaśmiał się cicho, w sumie jak zawsze.
- To dokąd jedziemy?
- Teobaldgasse 14

Po niecałych piętnastu minutach dotarli na miejsce. 
- Dzięki, Umberto.
- Conchy, zaczekam i ciebie też odwiozę.
- Nie musisz - Tom nie do końca wiedział, czy chce żeby Włoch znowu go odwoził.
Zwykle było tak, że po powrocie zawsze go prowokował najbardziej, ale dzisiaj zachowywał się jakby chciał go ,,zjeść wzrokiem".
- Ale chcę. Leć ją zaprowadzić do łóżeczka i zaraz grzecznie wracaj - puścił do niego oczko. - Ale szybko, bo nie dałem jeszcze Romualdowi śniadania. Biedak pewnie miauczy i szuka mamusi. Jak widzisz nie mam zbyt wiele czasu.
Tom zgodził się i wyszedł z samochodu, by pomóc Sonii dotrzeć do mieszkania. 





Zaprowadził ją do mieszkania, pomógł otworzyć drzwi i gdy usiadła na łóżku poczuł, że wreszcie może ją spokojnie zostawić. Zawahał się, jednak myśląc o czekającym na dole Umberto, który na pewno mu dzisiaj nie odpuści. Ruszył z powrotem, gdy nagle zatrzymał go głos Sonii.
- Tom? - odwrócił się i podszedł do niej.
- Tak?
Patrzyła na niego zamglonym wzrokiem.
- Ten alkohol wczoraj... Czy to na pewno było tylko wino?
Thomas poczuł jakby uginały się pod nim nogi. Zrobiło mu się słabo.
- Tom, odpowiedz mi.
- Cholera - powiedział próbując nie wpaść w panikę. 
Zaczął powoli zbierać ze sobą fakty. Dziwne zachowanie Dietera, to że cały wieczór tylko on nalewał im wino, a rano zaczął zadawać nietypowe pytania... 
Wybrał numer do Dietera właściwie bez dłuższego namysłu.
- Kurwa, stary - przywitał go zaspanym głosem. - Odsypiać próbuję. Zadzwonię jutro, nara.
- Zaczekaj to ważne.
- Co kurwa tylko szybko?
- Co to był za alkohol, który nam dałeś wczoraj.
- Ja pierdole, no wino co zamawialiście co innego?
- Skup się jeszcze chwilę. Skąd było to wino. 
Dieter niemal parsknął naprawdę zirytowany budzeniem go po nocnej zmianie i zmuszaniem od myślenia.
- No ja tam dokładnie nie wiem takich rzeczy, ale podobno od tego Hiszpana, byłego męża Nicole. On robi najlepsze wina w tej swojej kurwa winiarni. Stary, jakby nas było stać jeszcze na takie wino non stop to szef, by tylko u Manolo kupował. A czy to kurwa ważne? Ja śpię. Coś jeszcze?
- Tak. Z czym jest ta twoja słynna kawa z kopem?
Teraz Dieter miał ochotę rzucić telefonem z całej siły i krzyknąć na całe mieszkanie.
- Ja pierdole... No dodaje tam jakieś ziółka takie...
- Ziółka?
- No kurwa Manolo kiedyś pierdolił, że oni mają takie rośliny u siebie w winiarni. Że dają naturalnego kopa, że to u nich w Barcelonie jego wujek takie hodował kiedyś. Podobno to jakieś specjalne aloesy, czy co kurwa. Ja tam z biologii zawsze byłem idiotą. No i mi dał kiedyś za darmo, bo mówi, że jestem równy gość. Tam mu wtedy jakieś części do jego auta ogarnąłem tanio. Ja nawet kurwa myślałem, że on gej może i że szanse są jakieś na mały, że tak powiem krótki romansik, ale gdzie tam? To taki spedalony hetero, że nie ma opcji.
- Dzięki. Możesz już spać, Dieter.
Nawet mu nie odpowiedział tylko wypuścił z rąk słuchawkę i zasnął.
Tom zobaczył, że Sonia zasnęła. Nie wiedział, czy może ją tak teraz zostawić. A jeśli przedawkowała te zioła od byłego męża Nicole? I co było w tym winie? 
"Księżniczko, twój królewicz się niecierpliwi. Ma dla ciebie dużą niespodziankę. Schodź już na dół.." SMS od Umberto bynajmniej nie był dwuznaczny. 
Nie wiedział co robić. Gdyby pojechał z Umberto na pewno, by do siebie wrócili. Gdyby został przy Sonii byłby spokojniejszy, a kiedy się wyśpi pojechaliby do szpitala. Bał się wręcz panicznie, że Sonia przedawkowała, ale jej oddech uspokajał go. Ciągnęło go do Umberto. Chyba brakowało mi tego jego pozytywnego szaleństwa, świetnej zabawy, wsparcia i długich nocy. Zerknął raz jeszcze w kierunku śpiącej Sonii. 
"Nie mogę dzisiaj. Sonia źle się czuje. Zasnęła, ale muszę z nią zostać. Zadzwonię." - nacisnął na przycisk wyślij" po czym usiadł na fotelu naprzeciwko i poczuł, że on również powoli zasypia.


sobota, 23 stycznia 2016

Rozdział trzeci

Dla Nat i Pat.



Sonia siedziała na parapecie okna w kuchni Nicka i piła kawę z mlekiem pomieszaną wyrzutami sumienia i jej własną frustracją. Wyglądała przez okno widząc jak zwykle tętniące życiem uliczki Wiednia i pędzące ulicami samochody. Z nieba zaczęły spadać pierwsze krople deszczu, a po chwili padało już na dobre. Upiła łyk kawy po czym zerknęła na wyświetlacz swojego iPhone'a. Nie było żadnej wiadomości od Toma. Odkąd dwa dni temu wyszła ze szpitala zraniona słowami Nicole, nie kontaktował z nią, nawet w sprawach zawodowych. Rozważała nawet telefon do Rene, ale uznała, że nie ma potrzeby drążyć sprawy. Jeśli Tom będzie chciał, by dalej dla niego pracowała to na pewno prędzej, czy później do niej zadzwoni. Zerknęła raz jeszcze na wyświetlacz. Dochodziła godzina dziesiąta. Nick nadal spał, a ona nie starała się bezskutecznie skupić myśli na czymś innym niż milczenie Toma i to jak bardzo miniony dzień i noc skomplikowały jej życie. Kiedy Nick wstanie będą musieli porozmawiać o tym co się miedzy nimi stało. Z jednej strony miała ochotę wyjść i wrócić do swojego mieszkania i życia, a z drugiej wiedziała, że Nickowi należy się chwila rozmowy. To było najgorsze w ich relacji. ,,Nickowi należy się". Nie mogła oprzeć się wrażeniu, że jedyna rzecz, którą do niego czuje to wdzięczność za przyjaźń i wsparcie w trudnych momentach w atelier Hoschek. Kiedy w pewnym momencie usłyszała, że jej telefon dzwoni prawie wypuściła z rąk filiżankę z kawą. Spojrzała na wyświetlacz i zobaczyła nieznany numer. Odebrała.
- Dzień dobry. Dzwonie z atelier Jchoerl. Nazywam sie Sarah Mutterman. Jestem asystentką pana Jürgena Choerla, naszego prezesa i głównego projektanta. Dzwonie z polecenia Pana Choerla. Nasz szef zobaczył pańskie projekty w jednym z lokalnych magazynów modowych. Czy to prawda, że współpracuje pani teraz z Conchitą Wurst?
Sonia była nieco zaskoczona telefonem. Spodziewałaby się chyba każdego, ale nie asystentki atelier Jchoerl.
- Witam. Tak to prawda.
- Świetnie. Pan Choerl bardzo chciałby z panią zamienić parę słów. Jeśli jest pani zainteresowana zapraszam panią na rozmowę do naszego atelier dzisiaj o godzinie trzynastej jeśli jest pani wolna. Nie muszę chyba podkreślać jak ważna i jednocześnie unikatowa jest ta propozycja. Jako stylistka i projektantka ma pani chyba świadomość jaką pozycje na rynku ma Dom Mody Jchoerl? - ton głosu kobiety nie był specjalnie nachalny, brzmiał bardziej jakby była znudzona i przyzwyczajona do problematycznych rozmów, a także do stawiania ,,propozycji nie do odrzucenia". 
Sonia mogła wyczuć w nim po prostu profesjonalizm.
- Oczywiście. Myśle, że będę w stanie pojawić się u państwa dzisiaj o godzinie trzynastej - odpowiedziała właściwie bez głębszego zastanowienia.
Sonia wiedziała doskonale, że Juergen Choerl na stałe współpracuje z Conchitą i jest cześcią jej ekipy, ale jak dotąd nie miała okazji go poznać. Jako stylistka przy "Where Have All The Good Men Gone" współpracowała właściwie tylko z Thomasem Reinbergerem, czyli stałym stylistą Conchity, ale choć wszystkie kreacje poza jedną były zaprojektowane przez Jchoerl nie miała okazji go jeszcze poznać. Wiedziała, jednak jak wielkie sukcesy odnosi marka Choerl na całym świecie. O współpracy z amerykańskimi gwiazdami dużego formatu, o fashion weeku w Mediolanie, o sesjach do prestiżowych magazynów - zdawała sobie sprawę, że gdyby Jchoerl zaproponowaliby jej prace  nie byłaby już asystentką nieznanej prawie poza Wiedniem Leny Hoschek, mieszkającą w małym wynajmowanym mieszkaniu i skarżącą się na wiecznie niezadowoloną szefową początkującą projektantką. Gdyby Juergen Choerl zaproponował jej prace jej życie na pewno, by się zmieniło. Mogłaby nawet stworzyć pewnego dnia własną markę i osiągać sukcesy, których pragnienie zaszczepiła w niej matka. Ale Sonia wiedziała też, że takie rzeczy się nie zdarzają. Żaden dom mody pokroju Jchoerl nie dzwoni specjalnie do podrzędnej asystentki w konkurencyjnym atelier żeby zaproponować jej prace. Wiedziała, że chodzi o Conchite. Miała tylko nadzieje, że będzie mogła dokończyć prace przy teledysku. Spodziewała sie, że Choerl będzie tam z Rene i powiedzą jej, że zbyt mocno nadszarpnęła wizerunek medialny Conchity i że będzie musiała się pożegnać z najlepszą współpracą i najważniejszą przyjaźnią w jej życiu. Najbardziej bała się, że Tom będzie podzielał zdanie Nicole i stwierdzi, że nie pasuje do ich towarzystwa, a wtedy Rene będzie mógł ją oficjalnie zwolnić. Tom, by tego nie zrobił. Na pewno nie powiedziałby jej, że ma odejść. Nawet gdyby podjął taką decyzje przekazałby ją Rene. Tego była pewna, ale i tak myśl, że jest o krok naprawdę ją przerażała.




*
Tom siedział nad lampką czerwonego wina i wystukiwał palcami staccato starając się skupić swoje myśli na czymkolwiek innym niż to, że Rene spóźnia się co raz bardziej. Zerknął po raz setny chyba w ciągu ostatniej godziny w wyświetlacz telefonu. Żadnego nieodebranego połączenia. Nicole zniknęła i to na dobre.
Poczuł, że robi mu się gorąco.
Wiedział już, że wszyscy mają kłopoty, ale ciągle nie wiedział jak bardzo poważne, a każda chwila wątpliwości sprawiała, że miał co raz gorsze przeczucie. Wybrał raz jeszcze numer Rene. Jego telefon nadal był wyłączony. Wypił na raz pół lampki wina aż zakręciło mu się w głowie. W ciągu ostatnich kilku dni poza obawami czuł też coś dziwnego i zupełnie innego. Brakowało mu towarzystwa Sonii i nie wiedział jak powinien zachować się w wynikłej sytuacji. Nie wierzył, że kwiaty, które kupiła dla Nicole specjalnie miały wywołać w niej reakcję alergiczną, ale też nie wierzył w zbiegi okoliczności. Odkąd kilka dni temu jego asystentka zadzwoniła do Rene z wiadomością, że ,,załatwi wszystko" nie było z nią żadnego kontaktu. 
Nikt nie wiedział, gdzie jest i co robi. 
Śmierć Chrissy'ego nie wzbudziła żadnego zainteresowania. Nie wspomnieli o tym nawet w lokalnych wiadomościach. Tylko kilkoro ludzi mieszkających w tej samej dzielnicy plotkowało o tym, że jakiś narkoman się zaćpał, ale nikt nie znał jego tożsamości. Pozornie nie było czym się martwić, ale Tom nie wierzył w to, że cała ta sytuacja nie ma związku z próbą otrucia Nicole oraz jej zniknięciem. Miał wrażenie, że zaraz zwariuje. Wziął do rąk telefon i wybrał numer Sonii. Kiedy odezwała się po drugiej stronie słuchawki, z lekko niepewnym i zdziwionym głosem postanowił wziąć sprawę w swoje ręce i nic przed nią nie ukrywać. W tamtym momencie Sonia Moniuszko była jedyną osobą, której mógł zaufać. 
- Cześć. Nie dzwoniłem, bo... - w słuchawce dało się słyszeć przeciągłe westchnięcie. - Nicole zniknęła. Nigdzie jej nie ma, nie mamy z nią kontaktu. Chrissy nie żyje, a Nikki kilka dni temu zadzwoniła tylko, że ,,to załatwi". Nie wiem o co chodzi, nie wiem, co robić. Na domiar złego Rene od dwóch godzin ma wyłączony telefon, chociaż byliśmy umówieni godzinę temu - powiedział to niemal na jednym oddechu, jakby potrzebował, by to z siebie wyrzucić.
Sonia przez chwilę milczała nie wiedząc jak powinna zachować się w tej sytuacji. Strzepała popiół do popielniczki i spojrzała w stronę okna jakby oczekiwała, że zobaczy za nim spieszącego gdzieś Rene albo Nicole i wtedy będzie mogła pomóc przyjacielowi.
- Nie mam pojęcia co powiedzieć. Czułam, że stało się coś złego. Tyle czasu milczałeś. Ale myślałam, że po prostu masz do mnie złość albo nie chcesz mieć ze mną kontaktu z innych przyczyn. Naprawdę mi przykro z powodu Chrissy'ego, a zaginięcie Nicole to dla mnie tak dziwna sytuacja, że nawet nie potrafię nic powiedzieć. Do tego okoliczności... - Sonia starała się ważyć słowa; bała się, że Tom podejrzewa jej udział w sprawie, ale nie umiała stosować chłodnej kalkulacji, gdy z nim rozmawiała.
- Zaczekaj - przerwał jej w połowie zdania. - Jestem w Motto am Fluss. Chciałbym z tobą porozmawiać. Przyjdziesz? 
Propozycja Toma naprawdę ją zaskoczyła, ale się zgodziła. 



Po całym dniu spędzonym z Nickiem, nie miała nawet odwagi żeby nawiązać do ich wspólnej nocy. Kiedy Nick próbował okazać jej czułość czy powiedzieć coś w nawiązaniu do poprzedniego wieczora Sonia specjalnie ucinała temat. Nie miała jeszcze siły, by z nim o tym rozmawiać. Nick był cudownym człowiekiem, wspaniałym i troskliwym przyjacielem, ale prawda była taka, że nikim poza tym. Nie kochała go. Z drugiej strony nikt nigdy się o nią tak nie troszczył. Dobrze się przy nim, czuła, ale nie umiała bez wyrzutów sumienia okazywać mu czułość. Nie chciała też go zranić. Coś jednak ciągle popychało ją w kierunku Toma. Kiedy Nick wyszedł na chwilę po whisky, wyszła z domu zostawiając tylko kartkę: ,,Muszę załatwić coś ważnego. Przepraszam. S." . Zarzuciła na ramiona kurtkę i wsiadła w metro, a potem w autobus, by jak najszybciej dotrzeć do Motto am Fluss. Tom siedział przy stoliku, na tarasie i patrzył nieobecnym wzrokiem na Dunaj pijąc resztki czerwonego wina. Kiedy ją zobaczył uśmiechnął się lekko, choć nerwowo.
- Cieszę się, że jesteś - powiedział od razu i wstał, by pocałować ją w policzek na powitanie. 
- Ciebie też miło widzieć - odparła bez namysłu lustrując wzrokiem jego zmartwioną twarz.
Podsunął jej pusty kieliszek i wziął do rąk butelkę.
- Naleję ci trochę jeżeli masz ochotę. Niestety albo stety w takich sytuacjach pomaga tylko wino. Przynajmniej ja tak mam - powiedział nieco nerwowym tonem i zaczął nalewać wino trzymając butelkę lekko drżącymi rękoma. 
- Może ostrożnie Tom? - Sonia patrzyła na to jak bardzo jest zestresowany.
Duża część alkoholu popłynęła po drewnianym stoliku. Zaraz podbiegł do nich kelner i zaczął wycierać czerwone plamy. 
- Przepraszam, naprawdę nie wiem, co się ze mną dzieje - powiedział kiedy kelner skończył i sobie poszedł.
- Jeżeli to niedyskretne pytanie to przepraszam, ale... czy sytuacja z Chrissym wpłynęła jakoś na twój wizerunek? - zapytała zanim zdążyła się zastanowić nad sensem pytania.
Tom pokręcił przecząco głową i westchnął.
- Nie. Wiedzą, że Chrissy to narkoman, ale nie znają nawet tożsamości. Nie wiedzą, że go znałem. A o Nicole media też jeszcze nie wiedzą.
Sonia spojrzała na Toma starając się napotkać jego spojrzenie.Kiedy wreszcie na nią spojrzał od razu spuścił nerwowo wzrok.
- Może to samolubne - zaczął nieoczekiwanie Tom. - ale nie boję się o Nicole, bo wiem, że nic jej nie jest tylko boję się, że znowu wymyśliła coś, co tym razem zniszczy całą naszą pracę. Nicole miewała różne dziwne zachowania, ale nigdy nie było takiej sytuacji. Wiesz sama ile lat pracowaliśmy wszyscy na to, żeby Conchita mogła przejść do mainstreamu, żeby wzięła udział w Eurowizji. Zawsze zależało mi na tym, by dać coś od siebie. Prawda jest taka, że tak bardzo zżyłem się z życiem Conchity, że dzisiaj nie potrafiłbym robić nic innego. Poza tym Rene, Matt, Tamara, Roman, Christine... Mógłbym wymieniać godzinami ile osób pracowało nad sukcesem Conchity. Tyle lat pracy nie może pójść na marne przez jeden medialny skandal.
 Sonia przez chwilę milczała. Tom miał absolutną rację. Miała ochotę zapytać go, co ma na myśli mówiąc, że ,,Nicole miewała różne dziwne zachowania". 
- Proszę cię, nie martw się. Naprawdę mam nadzieję, ze to nic poważnego i myślę, że gdyby coś miało wyjść na jaw to media, by już o tym wiedziały - odruchowo dotknęła jego dłoni, która leżała na stole obok kieliszka. 
Spojrzał na nią niepewnie. Nagle zadzwonił telefon Toma. Ten od razu spojrzał w wyświetlacz. To był Jacques.
- Cześć, Tom - zaczął od razu. - Nicole się znalazła.
- Co? - wybełkotał zdziwiony. - Gdzie jesteście? Czy wszystko w porządku?
Jacques westchnął ciężko.
- Dwie godziny temu ją znaleźliśmy w biurze. Była nieprzytomna. Kiedy się obudziła powiedziała tylko, że ma wszystko pod kontrolą, ale jeszcze nie rozwiązała sprawy i znowu wyszła.
- Ale jak to... gdzie wyszła?
- Tego nie wiemy. Rene chciał to zgłosić na policję, ale nie będą jej przecież szukać. Jest dorosła. Odnośnie spotkania to Rene kazał cię przeprosić i powiedzieć, że w obecnej sytuacji nie da rady przyjść.
- Ale... co on może jeszcze zrobić?
Jacques znowu westchnął. 
- Podobno prowadzi jakieś swoje śledztwo i sam stara się dowiedzieć o co chodzi w tej całej sprawie i gdzie jest Nicole, ale nie chce nic powiedzieć na ten temat.
- Dobra, dzięki. Jeśli czegoś się dowiesz to zadzwonisz? - zapytał Tom czując się paradoksalnie trochę spokojniejszy.
- Jasne, wszyscy jesteśmy w kontakcie. Niczym się nie martw, bracie. Wszystko będzie dobrze. Ogarniemy to razem - powiedział starając się dodać przyjacielowi otuchy.
Kiedy Tom rozłączył się i opowiedział o rozmowie Sonii czuł się już o wiele spokojniejszy niż przed rozmową z Jacquesem.
Teraz to Tom chwycił dłoń Sonii i spojrzał na nią uśmiechając się przyjaźnie.
- Nie wiem o co w tym wszystkim chodzi, ale cieszę się, że jesteś przy mnie i bardzo ci za to dziękuję.



czwartek, 3 grudnia 2015

Rozdział drugi

Dedykuje ten rozdział pewnej cudownej Patrycji, która czyta moje opowiadania od zawsze.
Jesteś wspaniałą osobą. 
Dziękuję.


Rozdział drugi
        
         Wiedeńskie uliczki powoli oblewało jasne światło budzącego się słońca. Sonia stała przed drzwiami do mieszkania Nicholasa i od pięciu minut zastanawiała się co zrobić. Nie była w stanie po prostu wrócić do swojej pustej kawalerki, ale też nie wiedziała, co powinna mu teraz powiedzieć i czy powinna go teraz odwiedzać. Od początku wiedziała, że nie jest mu obojętna, ale zdawała sobie też sprawę z tego jak bardzo go zraniła. Przymknęła powieki biorąc w płuca głęboki wdech po czym nacisnęła na domofon. Nagle pomyślała sobie jak idiotycznie musi teraz wyglądać. Z zaschniętymi łzami na powiekach, rozmazanym makijażem i niedbale zawiniętym na szyi szalem. O piątej nad ranem pod jego domem. Nacisnęła raz jeszcze na domofon starając się uspokoić narastającą frustracje. Nikt jej nie otworzył. Nacisnęła na klamkę i ku jej zaskoczeniu po prostu udało jej się wejść do środka.
- Nick? – zapytała rozglądając się po salonie i aneksie kuchennym.
Nie spodziewała się nawet, że jego kawalerka jest tak duża.
- Nick? – powtórzyła, jednak nadal nie uzyskała odpowiedzi.
Kawalerka jej kolegi z pracy nie była chyba w rzeczywistości kawalerką, a małym mieszkaniem, który miał nawet parter i jedno piętro. Zdecydowała się zaryzykować i wejść na górę po schodach. Drzwi do jego sypialni były uchylone. Na stole leżała prawie pusta paczka papierosów i niedopity kieliszek jakiegoś alkoholu, który do złudzenia przypominał whisky, ale był po prostu jego bardzo tanim odpowiednikiem.
Nick siedział na fotelu przy oknie i w zamyśleniu patrzył na wznoszące się na nieboskłonie, niezwykle słabe jeszcze słońce. Uniósł papierosa do ust i zaciągnął się dymem. Nawet nie spojrzał na Sonie. Weszła do środka i stanęła obok niego. Konspiracyjna cisza zaczęła doprowadzać ją do szaleństwa. Usiadła naprzeciwko niego na skraju łóżka i westchnęła głęboko.
- Nie mam pojęcia co powiedzieć – rzekła chowając twarz w dłoniach.
Nick wciągnął raz jeszcze dym do ust po czym zgasił niedopałek w popielniczce.
- Po co tutaj w ogóle przyszłaś?
- Nie chciałam cię zranić.
Upił alkohol, włożył do ust kolejnego papierosa i odpalił go po czym sięgnął wolną ręką po kartkę, która leżała na stole i podał go Sonii.
- Moje wymówienie – powiedział beznamiętnie.
- Ale jak to. Nick, przecież miałeś pracować u Sonii, żeby zarobić na start i wydać w końcu książkę. Miał to być początek zanim zaczniesz żyć z pisania. Nie wiedziałam, że przejmiesz się tak tym, że nie przyszłam raz na kolacje.
- Teraz będę pracował u wujka. Będę pakował towar u niego w hurtowni – odpowiedział równie zimnym tonem. – Tu nie chodzi o jedną, pieprzoną kolacje. Wiesz co jest najgorsze?
Sonia poczuła przyspieszone bicie serca. Nick podszedł do niej, przykucnął i spojrzał jej w oczy.
- Ty go kochasz.
Poczuła, że robi jej się gorąco w żołądku.
- Nigdy nie pokochasz mnie ani nikogo innego. Kochasz jego.
Sonia nie potrafiła wydobyć z siebie głosu. Po chwili zaprzeczyła.
- Nieprawda, nie kocham go.
- Jesteś w stanie powiedzieć mi to głośno patrząc prosto w oczy?
Poczuła jakby ktoś wbijał jej szpilkę w serce.
- Jeśli powiesz, że nie kochasz Toma Neuwirtha patrząc mi w oczy wtedy ci naprawdę uwierzę.
Sonia czuła, że w jej oczach zbierają się łzy.
- Nie kocham Toma Neuwirtha.
Zobaczyła blask w oczach Nicka, a potem jego delikatny uśmiech, gdy ocierał jej łzy.
- Dlaczego każesz mi to mówić?
Wstał i usiadł z powrotem na fotelu.
- Wybacz, że tak ostro, ale martwiłem się. Byłem pewien, że za bardzo się zaangażowałaś. Wiem, że jesteś jedną z tych osób, które jeśli kochają to na wieczność. Wiemy, że jest jedno… hmm… ograniczenie w przypadku tego całego Neuwirtha i nie chciałem po prostu żebyś żyła złudzeniami, kiedy masz wokół siebie całkiem fajnych facetów hetero.
Sonia uśmiechnęła się delikatnie.
- Na przykład ciebie?
- Ty to powiedziałaś – odparł spokojnym, ale serdecznym tonem.
Znów do niej podszedł, tym razem usiadł obok i chwycił ją za rękę.
- Naprawdę mi na tobie zależy. Nigdy nie spotkałem tak fascynującej kobiety jak ty – zbliżył się do niej i pocałował w usta.
Odsunął się i spojrzał na nią.
- Byłaś u tego Neuwirtha.
- Byłam na przyjęciu urodzinowym jego przyjaciółki i wydarzył się wypadek, ale…
Przyłożył jej palec do ust.
- Proszę cię, zostaw to. Przecież ten świat nie jest dla ciebie, jesteś zupełnie inna. Ich interesują tylko imprezy, pieniądze, zabawa, sława i ilość facetów w łóżku. My jesteśmy zupełnie inni. Spokojni, ambitni i razem możemy zawojować świat. Nie potrzebujemy do tego Neuwirthów i jego przyjaciółek – pocałował ją po raz drugi; jego pocałunek był dłuższy i głębszy. – Żeby zawojować świat nie musimy zdobywać sławy i uznania. Może nasz świat, którego pragniemy jest bliżej niż myślimy.
Delikatnie rozpiął jej sukienkę i położył ją na łóżko nadal całując jej usta.
Za oknem obudził się już dzień, a uliczki Wiednia na nowo zaczęły tętnić życiem.






~ * ~

Poranki zwykle były dla Toma wspomnieniem nocy spędzonej jako Conchita w jego/jej własnej bajce i często dość brutalnym powrotem do codziennej rzeczywistości. Dzisiejszej nocy nie zmrużył oka. Ze szpitala wrócił o szóstej rano. Nie potrafił uwierzyć w to, że Nicole omal nie zginęła.  Wiedział, że jego przyjaciółka może mieć racje. Może nie powinien był dopuszczać zupełnie obcej osoby do ich towarzystwa. edno było pewne. Sonia nie powinna była tej nocy w ogóle pojawiać się w domu Nicole.
Poszedł do kuchni i nastawił ekspres na kawę. Zerknął w telefon. Trzy nieodebrane połączenia od Rene. Poczuł, że robi mu się gorąco. Przez chwile zrobiło mu się słabo i musiał usiąść. Co jeśli ratownicy medyczni coś wyczuli? Albo jeśli ktoś zrobił zdjecie Nicole albo jemu w drodze do szpitala wczoraj? Albo jeśli Sonia sprzedała sytuacje mediom? Nie potrafił teraz oddzwonić. Wybrał z kontaktów numer Raphaela / Tamary.
Po kilkunastu sygnałach wreszcie ktoś podniósł słuchawkę, a odezwał się w niej zaspany głos Roberta.
- No siema, Tami sobie śpi teraz – powiedział ledwie przytomnym głosem.
Po chwili usłyszał całkiem rozbudzony głos Tamary, który był teraz bardziej meski.
- Wstałem, przeglądam właśnie telefon Roba – powiedział na tyle głośno, że Tom ją usłyszał. – Kochanie, daj mi ten telefon!
Po chwili w słuchawce odezwał się głos Raphaela / Tamary oraz odgłos jej kroków.
- Czekaj, Wurst. Wychodzę z sypialni. Przeglądałam jego telefon, a on zabrał mój. No jak dziecko normalnie – znowu brzmiała bardziej jak kobieta.
- Znowu przerabiamy temat zdrady. Lubię jak Tami jest zazdrosna, ale bez przesady, skarbie – Tom usłyszał głos Roberta, który jeszcze nie do końca się obudził.
Dolał mleka do kawy, która właśnie się zrobiła i odchrząknął.
- Może zadzwonię później, bo nie chce wam teraz przeszkadzać.
- Och,Tommy. Przecież wiesz, że my tak zawsze. Kto się czubi ten się lubi – zaśmiał się głośno, nieco kobieco. – Musze zrobić śniadanie, bo Robi dzisiaj leci wcześnie do ORF-u, ale cię słucham cały czas uważnie. Ale zanim… Jak się czuje Nikki?
Tom westchnął krótko.
- Właśnie w tej sprawie dzwonie. Nicole czuje się już o wiele lepiej, jeszcze przed południem wychodzi ze szpitala, ale… co myślisz o Sonii?
Raphael wyraźnie był zaskoczony pytaniem przyjaciela.
- No nie znam jej właściwie. Kiedy się przedstawiliśmy wydawała się miła, a potem spytała tylko gdzie może cie znaleźć i w sumie nic więcej. Ale skąd to pytanie? – Raphael rozmieszał herbate z cytryną dla narzeczonego i oblizał łyżeczkę.
Na chwile zapadła cisza.
- Wiesz, nie do końca jestem pewien, czy dobrze zrobiłem, że ją przyprowadziłem. Pracuje z Sonią od dłuższego czasu, ale nigdy nie poznawałem przyjaciół Conchity z naszym prywatnym życiem.
- Ty nie jesteś pewien, czy Nicole?
Tom chrząknął.
- Wiedziałem. Znowu jest zazdrosna i zaborcza. Zaczekaj chwile, bo musze zanieść tace do sypialni – przytrzymał telefon ramieniem i przeniósł śniadanie do pokoju, gdzie spał Robert.
Postawił tace przed narzeczonym i pocałował go czule.
- Smacznego, skarbie – wyszedł z sypialni i usiadł w kuchni nad kubkiem czarnej kawy. -–Dobra, już mogę gadać. Co do Nicole to ona moim zdaniem jest dość… dziwna.
Raphael był zawsze bardzo bezpośredni, ale jednocześnie wrażliwy. Zdarzało mu się powiedzieć o dwa słowa za dużo, a potem żałować, nawet płacząc, ale wiedział, że zawsze może wtedy liczyć na wsparcie przyjaciół i oczywiście Roberta.
- Co chcesz przez to wszystko powiedzieć?
- No nie wiem, domyśl się. Wozi się za tobą wszędzie, nie daje ci odetchnąć i patrzy na ciebie jakby miała cie zjeść na śniadanie.
Tom zaśmiał się gorzko.
- Wiesz, może jest czasami zbyt opiekuńcza,
- Opiekuńcza? Tommy, wiesz o czym ty gadasz? Przecież ona nawet własne dzieci tak nie traktuje jak ciebie. Chris mieszka z przyjaciółmi, nawet mu się nie dołoży do czynszu, chłopak haruje, a jak jej zaproponuje wakacje to mu publicznie dowali, że ma za nie zapłacić i uda, że to żart mimo, że wszyscy wiemy jakie ona ma podejście. Melanie jest w internacie w Graz i odwiedza ją może raz na pół roku. Jak Chris wpadnie do Miasta to robi sobie z nim pozowane zdjęcia i wstawia fotki jak pali na insta. Nie ogarniam jej. Rene jakoś też jest w twoim managemencie, ba on jest twoim głównym menago, ona jest tylko jego asystentką, a zachowuje się jakby miała ciebie na własność.
Tom zaczął myśleć nad słowami Raphaela i powoli zaczęło do niego docierać co raz więcej skojarzeń.
- Musze kończyć. Rene dzwonił do mnie jakieś sto razy i zabije mnie jeśli nie oddzwonię. Trzymaj się, Tam.
- Ok, na razie Tommy. Do później.
Rozłączył się po czym wybrał numer Rene.
Ten odebrał niemal od razu.
- No cześć, gwiazdo. Wiem o wszystkim. Dzwoniłem, żeby powiedzieć ci.. nie jedź po Nicole do szpitala. Pojedzie po nią syn. Ktoś zawiadomił media. Nie powinieneś się tam kręcić. Jeśli nie pojedziesz po nią raczej małe szanse, że ktoś skojarzy jakąś zależność. Czy ktoś kto nie był na imprezie Nicole wiedział, że idziesz?
Tom pomyślał przez moment, a potem zaprzeczył.
- Wiedzieli o tym tylko przyjaciele Nikki, ale wszyscy którzy wiedzieli przyszli na imprezę.
Rene zaczął mamrotać coś pod nosem i przytakiwać po czym uciął rozmowę twierdząc, że musi szybko coś załatwić.
Kawa była już prawie zimna. Dolał trochę mleka z lodówki i niespecjalnie przejmując się temperaturą popijał napój jednocześnie przesuwając listę kontaktów w telefonie. Usiadł z kubkiem na kanapie i włączył telewizor. Nie potrafił jednak skupić myśli na kolejnym, głupkowatym serialu. Wbił wzrok w imię Nicole, które miał teraz na wyświetlaczu. Miał ochotę zadzwonić i w końcu zapytać wprost: co się tutaj dzieje, ale nie miał teraz odwagi. Nie wiedział czego boi się bardziej: odpowiedzi Nicole, czy tego do czego może doprowadzić sytuacja z imprezy. Media już wiedzą o wypadku, możliwe, że wiedzą już też o Chrissy'm. Tom poczuł ukłucie w sercu i nagle wszystko zawirowało mu w głowie. Dzisiaj, nie umiał już sobie wyobrazić życia pozbawionego Conchity. 
Jego obawy miały się spełnić zaledwie kilkanaście sekund później. Telefon Toma zaczął dzwonić, a gdy ten spojrzał na słuchawkę zobaczył na wyświetlaczu numer Rene. Starając się zachować spokój odebrał telefon. Nie zdążył nawet nic powiedzieć.
- Chrissy przedawkował
- Co?
Zapadła cisza.
- Zaćpał się.
Moment ciszy był jeszcze dłuższy niż poprzednio. Tom miał wrażenie, że zaraz straci świadomość.
- O czym ty mówisz?
- No kurwa nie udawaj, że nie wiesz o co mi chodzi.
- Wiedzą?
- Kto, do cholery?
- No media - Tom starał się mówić spokojnie chociaż powoli tracił konrole nad sobą.
Miał wrażenie, że moment miedzy pytaniem, a odpowiedzią Rene trwał wieki.
- Nie wiedzą. Jeszcze.
Tom próbował uspokoić myśli, ale robił to z trudem.
- To... co teraz mamy zrobić?
Po drugiej stronie odezwało się ciche chrząkniecie. 
- Thomas, pierwszy raz w życiu nie wiem, co robić. Zajmuje się tym od 200 lat, ale nigdy w życiu nie stanąłem przed taką sytuacją. Powinienem odejść, bo nie jestem dla ciebie odpowiednim menadżerem, ale nie jestem w stanie teraz zrobić ci takiego świństwa i zostawić cie w tym bagnie - słuchając Rene Thomas próbował oddychać spokojniej, ale już nie potrafił.
- O czym ty mówisz? Rene, jeśli ty jesteś złym menadżerem to chyba nikt nie jest dobrym. Nawet nie wiesz ile ci zawdzięczam. Gdyby nie ty, twoja wiedza, wsparcie, kontakty i przede wszystkim wiara we mnie dzisiaj byłbym nadal podrzędna gwiazdą reality-shows, która przebiera się w damskie ciuchy i udaje wyzywającą dla rozgłosu. Kilka lat temu nawet mój głos był nijaki i gdybyś we mnie wtedy nie uwierzył, gdybyś nie dał mi kredytu zaufania i nie pomógł byś mi w tym wszystkim byłbym nikim. Wiec nigdy więcej nie mów mi, że nie jesteś dla mnie odpowiednim menadżerem ani nie wspominaj o rezygnacji, bo jeśli ty odejdziesz to Conchita też.
Przez chwile panowała cisza.
- Mogłem bardziej wnikliwie przeanalizować ewentualne szkody takiej imprezy i po prostu..
Tom przerwał nieoczekiwanie swojemu menadżerowi.
- Wina leży tylko po mojej stronie. Zaufałem za bardzo komuś kto potem po prostu to wykorzystał.
- O czym ty mówisz?
- Mam teraz mętlik w głowie. Nie wiem, co zrobię, gdy Conchita zniknie poza tym, jaki to bedzie miało wpływ na moje prywatne życie.... 
- Posłuchaj mnie, Thomasie... Lepiej będzie jeśli odpoczniesz w domu i zaczekamy razem wszyscy na rozwój wydarzeń. Może się nie dowiedzą. Skoro na urodzinach Nicole byli wszyscy ludzie, którzy o nich wiedzieli. Poza tym... nie wspominałem ci o tym, ale dzwoniła Nicole, jakoś chwile temu i stwierdziła, że ona to wszystko załatwi i mamy się nie martwić. Nikt się nie dowie tylko na razie nie możemy do niej dzwonić.
- Co ona tym razem wymyśliła?
Rene westchnął cicho.
- Nie wiem, Tom, ale jedno jest pewne. Tym razem przesadziła i boje się, że nie będzie już odwrotu.