czwartek, 3 grudnia 2015

Rozdział drugi

Dedykuje ten rozdział pewnej cudownej Patrycji, która czyta moje opowiadania od zawsze.
Jesteś wspaniałą osobą. 
Dziękuję.


Rozdział drugi
        
         Wiedeńskie uliczki powoli oblewało jasne światło budzącego się słońca. Sonia stała przed drzwiami do mieszkania Nicholasa i od pięciu minut zastanawiała się co zrobić. Nie była w stanie po prostu wrócić do swojej pustej kawalerki, ale też nie wiedziała, co powinna mu teraz powiedzieć i czy powinna go teraz odwiedzać. Od początku wiedziała, że nie jest mu obojętna, ale zdawała sobie też sprawę z tego jak bardzo go zraniła. Przymknęła powieki biorąc w płuca głęboki wdech po czym nacisnęła na domofon. Nagle pomyślała sobie jak idiotycznie musi teraz wyglądać. Z zaschniętymi łzami na powiekach, rozmazanym makijażem i niedbale zawiniętym na szyi szalem. O piątej nad ranem pod jego domem. Nacisnęła raz jeszcze na domofon starając się uspokoić narastającą frustracje. Nikt jej nie otworzył. Nacisnęła na klamkę i ku jej zaskoczeniu po prostu udało jej się wejść do środka.
- Nick? – zapytała rozglądając się po salonie i aneksie kuchennym.
Nie spodziewała się nawet, że jego kawalerka jest tak duża.
- Nick? – powtórzyła, jednak nadal nie uzyskała odpowiedzi.
Kawalerka jej kolegi z pracy nie była chyba w rzeczywistości kawalerką, a małym mieszkaniem, który miał nawet parter i jedno piętro. Zdecydowała się zaryzykować i wejść na górę po schodach. Drzwi do jego sypialni były uchylone. Na stole leżała prawie pusta paczka papierosów i niedopity kieliszek jakiegoś alkoholu, który do złudzenia przypominał whisky, ale był po prostu jego bardzo tanim odpowiednikiem.
Nick siedział na fotelu przy oknie i w zamyśleniu patrzył na wznoszące się na nieboskłonie, niezwykle słabe jeszcze słońce. Uniósł papierosa do ust i zaciągnął się dymem. Nawet nie spojrzał na Sonie. Weszła do środka i stanęła obok niego. Konspiracyjna cisza zaczęła doprowadzać ją do szaleństwa. Usiadła naprzeciwko niego na skraju łóżka i westchnęła głęboko.
- Nie mam pojęcia co powiedzieć – rzekła chowając twarz w dłoniach.
Nick wciągnął raz jeszcze dym do ust po czym zgasił niedopałek w popielniczce.
- Po co tutaj w ogóle przyszłaś?
- Nie chciałam cię zranić.
Upił alkohol, włożył do ust kolejnego papierosa i odpalił go po czym sięgnął wolną ręką po kartkę, która leżała na stole i podał go Sonii.
- Moje wymówienie – powiedział beznamiętnie.
- Ale jak to. Nick, przecież miałeś pracować u Sonii, żeby zarobić na start i wydać w końcu książkę. Miał to być początek zanim zaczniesz żyć z pisania. Nie wiedziałam, że przejmiesz się tak tym, że nie przyszłam raz na kolacje.
- Teraz będę pracował u wujka. Będę pakował towar u niego w hurtowni – odpowiedział równie zimnym tonem. – Tu nie chodzi o jedną, pieprzoną kolacje. Wiesz co jest najgorsze?
Sonia poczuła przyspieszone bicie serca. Nick podszedł do niej, przykucnął i spojrzał jej w oczy.
- Ty go kochasz.
Poczuła, że robi jej się gorąco w żołądku.
- Nigdy nie pokochasz mnie ani nikogo innego. Kochasz jego.
Sonia nie potrafiła wydobyć z siebie głosu. Po chwili zaprzeczyła.
- Nieprawda, nie kocham go.
- Jesteś w stanie powiedzieć mi to głośno patrząc prosto w oczy?
Poczuła jakby ktoś wbijał jej szpilkę w serce.
- Jeśli powiesz, że nie kochasz Toma Neuwirtha patrząc mi w oczy wtedy ci naprawdę uwierzę.
Sonia czuła, że w jej oczach zbierają się łzy.
- Nie kocham Toma Neuwirtha.
Zobaczyła blask w oczach Nicka, a potem jego delikatny uśmiech, gdy ocierał jej łzy.
- Dlaczego każesz mi to mówić?
Wstał i usiadł z powrotem na fotelu.
- Wybacz, że tak ostro, ale martwiłem się. Byłem pewien, że za bardzo się zaangażowałaś. Wiem, że jesteś jedną z tych osób, które jeśli kochają to na wieczność. Wiemy, że jest jedno… hmm… ograniczenie w przypadku tego całego Neuwirtha i nie chciałem po prostu żebyś żyła złudzeniami, kiedy masz wokół siebie całkiem fajnych facetów hetero.
Sonia uśmiechnęła się delikatnie.
- Na przykład ciebie?
- Ty to powiedziałaś – odparł spokojnym, ale serdecznym tonem.
Znów do niej podszedł, tym razem usiadł obok i chwycił ją za rękę.
- Naprawdę mi na tobie zależy. Nigdy nie spotkałem tak fascynującej kobiety jak ty – zbliżył się do niej i pocałował w usta.
Odsunął się i spojrzał na nią.
- Byłaś u tego Neuwirtha.
- Byłam na przyjęciu urodzinowym jego przyjaciółki i wydarzył się wypadek, ale…
Przyłożył jej palec do ust.
- Proszę cię, zostaw to. Przecież ten świat nie jest dla ciebie, jesteś zupełnie inna. Ich interesują tylko imprezy, pieniądze, zabawa, sława i ilość facetów w łóżku. My jesteśmy zupełnie inni. Spokojni, ambitni i razem możemy zawojować świat. Nie potrzebujemy do tego Neuwirthów i jego przyjaciółek – pocałował ją po raz drugi; jego pocałunek był dłuższy i głębszy. – Żeby zawojować świat nie musimy zdobywać sławy i uznania. Może nasz świat, którego pragniemy jest bliżej niż myślimy.
Delikatnie rozpiął jej sukienkę i położył ją na łóżko nadal całując jej usta.
Za oknem obudził się już dzień, a uliczki Wiednia na nowo zaczęły tętnić życiem.






~ * ~

Poranki zwykle były dla Toma wspomnieniem nocy spędzonej jako Conchita w jego/jej własnej bajce i często dość brutalnym powrotem do codziennej rzeczywistości. Dzisiejszej nocy nie zmrużył oka. Ze szpitala wrócił o szóstej rano. Nie potrafił uwierzyć w to, że Nicole omal nie zginęła.  Wiedział, że jego przyjaciółka może mieć racje. Może nie powinien był dopuszczać zupełnie obcej osoby do ich towarzystwa. edno było pewne. Sonia nie powinna była tej nocy w ogóle pojawiać się w domu Nicole.
Poszedł do kuchni i nastawił ekspres na kawę. Zerknął w telefon. Trzy nieodebrane połączenia od Rene. Poczuł, że robi mu się gorąco. Przez chwile zrobiło mu się słabo i musiał usiąść. Co jeśli ratownicy medyczni coś wyczuli? Albo jeśli ktoś zrobił zdjecie Nicole albo jemu w drodze do szpitala wczoraj? Albo jeśli Sonia sprzedała sytuacje mediom? Nie potrafił teraz oddzwonić. Wybrał z kontaktów numer Raphaela / Tamary.
Po kilkunastu sygnałach wreszcie ktoś podniósł słuchawkę, a odezwał się w niej zaspany głos Roberta.
- No siema, Tami sobie śpi teraz – powiedział ledwie przytomnym głosem.
Po chwili usłyszał całkiem rozbudzony głos Tamary, który był teraz bardziej meski.
- Wstałem, przeglądam właśnie telefon Roba – powiedział na tyle głośno, że Tom ją usłyszał. – Kochanie, daj mi ten telefon!
Po chwili w słuchawce odezwał się głos Raphaela / Tamary oraz odgłos jej kroków.
- Czekaj, Wurst. Wychodzę z sypialni. Przeglądałam jego telefon, a on zabrał mój. No jak dziecko normalnie – znowu brzmiała bardziej jak kobieta.
- Znowu przerabiamy temat zdrady. Lubię jak Tami jest zazdrosna, ale bez przesady, skarbie – Tom usłyszał głos Roberta, który jeszcze nie do końca się obudził.
Dolał mleka do kawy, która właśnie się zrobiła i odchrząknął.
- Może zadzwonię później, bo nie chce wam teraz przeszkadzać.
- Och,Tommy. Przecież wiesz, że my tak zawsze. Kto się czubi ten się lubi – zaśmiał się głośno, nieco kobieco. – Musze zrobić śniadanie, bo Robi dzisiaj leci wcześnie do ORF-u, ale cię słucham cały czas uważnie. Ale zanim… Jak się czuje Nikki?
Tom westchnął krótko.
- Właśnie w tej sprawie dzwonie. Nicole czuje się już o wiele lepiej, jeszcze przed południem wychodzi ze szpitala, ale… co myślisz o Sonii?
Raphael wyraźnie był zaskoczony pytaniem przyjaciela.
- No nie znam jej właściwie. Kiedy się przedstawiliśmy wydawała się miła, a potem spytała tylko gdzie może cie znaleźć i w sumie nic więcej. Ale skąd to pytanie? – Raphael rozmieszał herbate z cytryną dla narzeczonego i oblizał łyżeczkę.
Na chwile zapadła cisza.
- Wiesz, nie do końca jestem pewien, czy dobrze zrobiłem, że ją przyprowadziłem. Pracuje z Sonią od dłuższego czasu, ale nigdy nie poznawałem przyjaciół Conchity z naszym prywatnym życiem.
- Ty nie jesteś pewien, czy Nicole?
Tom chrząknął.
- Wiedziałem. Znowu jest zazdrosna i zaborcza. Zaczekaj chwile, bo musze zanieść tace do sypialni – przytrzymał telefon ramieniem i przeniósł śniadanie do pokoju, gdzie spał Robert.
Postawił tace przed narzeczonym i pocałował go czule.
- Smacznego, skarbie – wyszedł z sypialni i usiadł w kuchni nad kubkiem czarnej kawy. -–Dobra, już mogę gadać. Co do Nicole to ona moim zdaniem jest dość… dziwna.
Raphael był zawsze bardzo bezpośredni, ale jednocześnie wrażliwy. Zdarzało mu się powiedzieć o dwa słowa za dużo, a potem żałować, nawet płacząc, ale wiedział, że zawsze może wtedy liczyć na wsparcie przyjaciół i oczywiście Roberta.
- Co chcesz przez to wszystko powiedzieć?
- No nie wiem, domyśl się. Wozi się za tobą wszędzie, nie daje ci odetchnąć i patrzy na ciebie jakby miała cie zjeść na śniadanie.
Tom zaśmiał się gorzko.
- Wiesz, może jest czasami zbyt opiekuńcza,
- Opiekuńcza? Tommy, wiesz o czym ty gadasz? Przecież ona nawet własne dzieci tak nie traktuje jak ciebie. Chris mieszka z przyjaciółmi, nawet mu się nie dołoży do czynszu, chłopak haruje, a jak jej zaproponuje wakacje to mu publicznie dowali, że ma za nie zapłacić i uda, że to żart mimo, że wszyscy wiemy jakie ona ma podejście. Melanie jest w internacie w Graz i odwiedza ją może raz na pół roku. Jak Chris wpadnie do Miasta to robi sobie z nim pozowane zdjęcia i wstawia fotki jak pali na insta. Nie ogarniam jej. Rene jakoś też jest w twoim managemencie, ba on jest twoim głównym menago, ona jest tylko jego asystentką, a zachowuje się jakby miała ciebie na własność.
Tom zaczął myśleć nad słowami Raphaela i powoli zaczęło do niego docierać co raz więcej skojarzeń.
- Musze kończyć. Rene dzwonił do mnie jakieś sto razy i zabije mnie jeśli nie oddzwonię. Trzymaj się, Tam.
- Ok, na razie Tommy. Do później.
Rozłączył się po czym wybrał numer Rene.
Ten odebrał niemal od razu.
- No cześć, gwiazdo. Wiem o wszystkim. Dzwoniłem, żeby powiedzieć ci.. nie jedź po Nicole do szpitala. Pojedzie po nią syn. Ktoś zawiadomił media. Nie powinieneś się tam kręcić. Jeśli nie pojedziesz po nią raczej małe szanse, że ktoś skojarzy jakąś zależność. Czy ktoś kto nie był na imprezie Nicole wiedział, że idziesz?
Tom pomyślał przez moment, a potem zaprzeczył.
- Wiedzieli o tym tylko przyjaciele Nikki, ale wszyscy którzy wiedzieli przyszli na imprezę.
Rene zaczął mamrotać coś pod nosem i przytakiwać po czym uciął rozmowę twierdząc, że musi szybko coś załatwić.
Kawa była już prawie zimna. Dolał trochę mleka z lodówki i niespecjalnie przejmując się temperaturą popijał napój jednocześnie przesuwając listę kontaktów w telefonie. Usiadł z kubkiem na kanapie i włączył telewizor. Nie potrafił jednak skupić myśli na kolejnym, głupkowatym serialu. Wbił wzrok w imię Nicole, które miał teraz na wyświetlaczu. Miał ochotę zadzwonić i w końcu zapytać wprost: co się tutaj dzieje, ale nie miał teraz odwagi. Nie wiedział czego boi się bardziej: odpowiedzi Nicole, czy tego do czego może doprowadzić sytuacja z imprezy. Media już wiedzą o wypadku, możliwe, że wiedzą już też o Chrissy'm. Tom poczuł ukłucie w sercu i nagle wszystko zawirowało mu w głowie. Dzisiaj, nie umiał już sobie wyobrazić życia pozbawionego Conchity. 
Jego obawy miały się spełnić zaledwie kilkanaście sekund później. Telefon Toma zaczął dzwonić, a gdy ten spojrzał na słuchawkę zobaczył na wyświetlaczu numer Rene. Starając się zachować spokój odebrał telefon. Nie zdążył nawet nic powiedzieć.
- Chrissy przedawkował
- Co?
Zapadła cisza.
- Zaćpał się.
Moment ciszy był jeszcze dłuższy niż poprzednio. Tom miał wrażenie, że zaraz straci świadomość.
- O czym ty mówisz?
- No kurwa nie udawaj, że nie wiesz o co mi chodzi.
- Wiedzą?
- Kto, do cholery?
- No media - Tom starał się mówić spokojnie chociaż powoli tracił konrole nad sobą.
Miał wrażenie, że moment miedzy pytaniem, a odpowiedzią Rene trwał wieki.
- Nie wiedzą. Jeszcze.
Tom próbował uspokoić myśli, ale robił to z trudem.
- To... co teraz mamy zrobić?
Po drugiej stronie odezwało się ciche chrząkniecie. 
- Thomas, pierwszy raz w życiu nie wiem, co robić. Zajmuje się tym od 200 lat, ale nigdy w życiu nie stanąłem przed taką sytuacją. Powinienem odejść, bo nie jestem dla ciebie odpowiednim menadżerem, ale nie jestem w stanie teraz zrobić ci takiego świństwa i zostawić cie w tym bagnie - słuchając Rene Thomas próbował oddychać spokojniej, ale już nie potrafił.
- O czym ty mówisz? Rene, jeśli ty jesteś złym menadżerem to chyba nikt nie jest dobrym. Nawet nie wiesz ile ci zawdzięczam. Gdyby nie ty, twoja wiedza, wsparcie, kontakty i przede wszystkim wiara we mnie dzisiaj byłbym nadal podrzędna gwiazdą reality-shows, która przebiera się w damskie ciuchy i udaje wyzywającą dla rozgłosu. Kilka lat temu nawet mój głos był nijaki i gdybyś we mnie wtedy nie uwierzył, gdybyś nie dał mi kredytu zaufania i nie pomógł byś mi w tym wszystkim byłbym nikim. Wiec nigdy więcej nie mów mi, że nie jesteś dla mnie odpowiednim menadżerem ani nie wspominaj o rezygnacji, bo jeśli ty odejdziesz to Conchita też.
Przez chwile panowała cisza.
- Mogłem bardziej wnikliwie przeanalizować ewentualne szkody takiej imprezy i po prostu..
Tom przerwał nieoczekiwanie swojemu menadżerowi.
- Wina leży tylko po mojej stronie. Zaufałem za bardzo komuś kto potem po prostu to wykorzystał.
- O czym ty mówisz?
- Mam teraz mętlik w głowie. Nie wiem, co zrobię, gdy Conchita zniknie poza tym, jaki to bedzie miało wpływ na moje prywatne życie.... 
- Posłuchaj mnie, Thomasie... Lepiej będzie jeśli odpoczniesz w domu i zaczekamy razem wszyscy na rozwój wydarzeń. Może się nie dowiedzą. Skoro na urodzinach Nicole byli wszyscy ludzie, którzy o nich wiedzieli. Poza tym... nie wspominałem ci o tym, ale dzwoniła Nicole, jakoś chwile temu i stwierdziła, że ona to wszystko załatwi i mamy się nie martwić. Nikt się nie dowie tylko na razie nie możemy do niej dzwonić.
- Co ona tym razem wymyśliła?
Rene westchnął cicho.
- Nie wiem, Tom, ale jedno jest pewne. Tym razem przesadziła i boje się, że nie będzie już odwrotu.