Dedykuje ten rozdział pewnej cudownej Patrycji, która czyta moje opowiadania od zawsze.
Jesteś wspaniałą osobą.
Dziękuję.
Rozdział
drugi
Wiedeńskie uliczki powoli oblewało jasne
światło budzącego się słońca. Sonia stała przed drzwiami do mieszkania
Nicholasa i od pięciu minut zastanawiała się co zrobić. Nie była w stanie po
prostu wrócić do swojej pustej kawalerki, ale też nie wiedziała, co powinna mu
teraz powiedzieć i czy powinna go teraz odwiedzać. Od początku wiedziała, że
nie jest mu obojętna, ale zdawała sobie też sprawę z tego jak bardzo go
zraniła. Przymknęła powieki biorąc w płuca głęboki wdech po czym nacisnęła na
domofon. Nagle pomyślała sobie jak idiotycznie musi teraz wyglądać. Z zaschniętymi
łzami na powiekach, rozmazanym makijażem i niedbale zawiniętym na szyi szalem.
O piątej nad ranem pod jego domem. Nacisnęła raz jeszcze na domofon starając się
uspokoić narastającą frustracje. Nikt jej nie otworzył. Nacisnęła na klamkę i
ku jej zaskoczeniu po prostu udało jej się wejść do środka.
- Nick? –
zapytała rozglądając się po salonie i aneksie kuchennym.
Nie spodziewała się
nawet, że jego kawalerka jest tak duża.
- Nick? –
powtórzyła, jednak nadal nie uzyskała odpowiedzi.
Kawalerka jej
kolegi z pracy nie była chyba w rzeczywistości kawalerką, a małym mieszkaniem,
który miał nawet parter i jedno piętro. Zdecydowała się zaryzykować i wejść na
górę po schodach. Drzwi do jego sypialni były uchylone. Na stole leżała prawie
pusta paczka papierosów i niedopity kieliszek jakiegoś alkoholu, który do
złudzenia przypominał whisky, ale był po prostu jego bardzo tanim
odpowiednikiem.
Nick siedział na
fotelu przy oknie i w zamyśleniu patrzył na wznoszące się na nieboskłonie,
niezwykle słabe jeszcze słońce. Uniósł papierosa do ust i zaciągnął się dymem.
Nawet nie spojrzał na Sonie. Weszła do środka i stanęła obok niego.
Konspiracyjna cisza zaczęła doprowadzać ją do szaleństwa. Usiadła naprzeciwko
niego na skraju łóżka i westchnęła głęboko.
- Nie mam pojęcia
co powiedzieć – rzekła chowając twarz w dłoniach.
Nick wciągnął raz
jeszcze dym do ust po czym zgasił niedopałek w popielniczce.
- Po co tutaj w
ogóle przyszłaś?
- Nie chciałam cię
zranić.
Upił alkohol,
włożył do ust kolejnego papierosa i odpalił go po czym sięgnął wolną ręką po
kartkę, która leżała na stole i podał go Sonii.
- Moje wymówienie
– powiedział beznamiętnie.
- Ale jak to.
Nick, przecież miałeś pracować u Sonii, żeby zarobić na start i wydać w końcu
książkę. Miał to być początek zanim zaczniesz żyć z pisania. Nie wiedziałam, że
przejmiesz się tak tym, że nie przyszłam raz na kolacje.
- Teraz będę
pracował u wujka. Będę pakował towar u niego w hurtowni – odpowiedział równie
zimnym tonem. – Tu nie chodzi o jedną, pieprzoną kolacje. Wiesz co jest
najgorsze?
Sonia poczuła
przyspieszone bicie serca. Nick podszedł do niej, przykucnął i spojrzał jej w
oczy.
- Ty go kochasz.
Poczuła, że robi
jej się gorąco w żołądku.
- Nigdy nie
pokochasz mnie ani nikogo innego. Kochasz jego.
Sonia nie
potrafiła wydobyć z siebie głosu. Po chwili zaprzeczyła.
- Nieprawda, nie
kocham go.
- Jesteś w stanie
powiedzieć mi to głośno patrząc prosto w oczy?
Poczuła jakby
ktoś wbijał jej szpilkę w serce.
- Jeśli powiesz,
że nie kochasz Toma Neuwirtha patrząc mi w oczy wtedy ci naprawdę uwierzę.
Sonia czuła, że w
jej oczach zbierają się łzy.
- Nie kocham Toma
Neuwirtha.
Zobaczyła blask w
oczach Nicka, a potem jego delikatny uśmiech, gdy ocierał jej łzy.
- Dlaczego każesz
mi to mówić?
Wstał i usiadł z
powrotem na fotelu.
- Wybacz, że tak
ostro, ale martwiłem się. Byłem pewien, że za bardzo się zaangażowałaś. Wiem,
że jesteś jedną z tych osób, które jeśli kochają to na wieczność. Wiemy, że
jest jedno… hmm… ograniczenie w przypadku tego całego Neuwirtha i nie chciałem
po prostu żebyś żyła złudzeniami, kiedy masz wokół siebie całkiem fajnych
facetów hetero.
Sonia uśmiechnęła
się delikatnie.
- Na przykład
ciebie?
- Ty to
powiedziałaś – odparł spokojnym, ale serdecznym tonem.
Znów do niej
podszedł, tym razem usiadł obok i chwycił ją za rękę.
- Naprawdę mi na
tobie zależy. Nigdy nie spotkałem tak fascynującej kobiety jak ty – zbliżył się
do niej i pocałował w usta.
Odsunął się i
spojrzał na nią.
- Byłaś u tego
Neuwirtha.
- Byłam na przyjęciu
urodzinowym jego przyjaciółki i wydarzył się wypadek, ale…
Przyłożył jej
palec do ust.
- Proszę cię,
zostaw to. Przecież ten świat nie jest dla ciebie, jesteś zupełnie inna. Ich
interesują tylko imprezy, pieniądze, zabawa, sława i ilość facetów w łóżku. My
jesteśmy zupełnie inni. Spokojni, ambitni i razem możemy zawojować świat. Nie
potrzebujemy do tego Neuwirthów i jego przyjaciółek – pocałował ją po raz
drugi; jego pocałunek był dłuższy i głębszy. – Żeby zawojować świat nie musimy
zdobywać sławy i uznania. Może nasz świat, którego pragniemy jest bliżej niż
myślimy.
Delikatnie
rozpiął jej sukienkę i położył ją na łóżko nadal całując jej usta.
Za oknem obudził się
już dzień, a uliczki Wiednia na nowo zaczęły tętnić życiem.
~
* ~
Poranki zwykle
były dla Toma wspomnieniem nocy spędzonej jako Conchita w jego/jej własnej
bajce i często dość brutalnym powrotem do codziennej rzeczywistości.
Dzisiejszej nocy nie zmrużył oka. Ze szpitala wrócił o szóstej rano. Nie
potrafił uwierzyć w to, że Nicole omal nie zginęła. Wiedział, że jego przyjaciółka może mieć
racje. Może nie powinien był dopuszczać zupełnie obcej osoby do ich
towarzystwa. edno było pewne.
Sonia nie powinna była tej nocy w ogóle pojawiać się w domu Nicole.
Poszedł do kuchni
i nastawił ekspres na kawę. Zerknął w telefon. Trzy nieodebrane połączenia od
Rene. Poczuł, że robi mu się gorąco. Przez chwile zrobiło mu się słabo i musiał
usiąść. Co jeśli ratownicy medyczni coś wyczuli? Albo jeśli ktoś zrobił zdjecie
Nicole albo jemu w drodze do szpitala wczoraj? Albo jeśli Sonia sprzedała
sytuacje mediom? Nie potrafił teraz oddzwonić. Wybrał z kontaktów numer
Raphaela / Tamary.
Po kilkunastu
sygnałach wreszcie ktoś podniósł słuchawkę, a odezwał się w niej zaspany głos
Roberta.
- No siema, Tami
sobie śpi teraz – powiedział ledwie przytomnym głosem.
Po chwili
usłyszał całkiem rozbudzony głos Tamary, który był teraz bardziej meski.
- Wstałem,
przeglądam właśnie telefon Roba – powiedział na tyle głośno, że Tom ją
usłyszał. – Kochanie, daj mi ten telefon!
Po chwili w
słuchawce odezwał się głos Raphaela / Tamary oraz odgłos jej kroków.
- Czekaj, Wurst. Wychodzę z sypialni. Przeglądałam jego telefon, a on zabrał mój. No jak dziecko normalnie – znowu brzmiała bardziej jak kobieta.
- Znowu
przerabiamy temat zdrady. Lubię jak Tami jest zazdrosna, ale bez przesady, skarbie
– Tom usłyszał głos Roberta, który jeszcze nie do końca się obudził.
Dolał mleka do
kawy, która właśnie się zrobiła i odchrząknął.
- Może zadzwonię
później, bo nie chce wam teraz przeszkadzać.
- Och,Tommy.
Przecież wiesz, że my tak zawsze. Kto się czubi ten się lubi – zaśmiał się
głośno, nieco kobieco. – Musze zrobić śniadanie, bo Robi dzisiaj leci wcześnie
do ORF-u, ale cię słucham cały czas uważnie. Ale zanim… Jak się czuje Nikki?
Tom westchnął
krótko.
- Właśnie w tej
sprawie dzwonie. Nicole czuje się już o wiele lepiej, jeszcze przed południem
wychodzi ze szpitala, ale… co myślisz o Sonii?
Raphael wyraźnie
był zaskoczony pytaniem przyjaciela.
- No nie znam jej
właściwie. Kiedy się przedstawiliśmy wydawała się miła, a potem spytała tylko
gdzie może cie znaleźć i w sumie nic więcej. Ale skąd to pytanie? – Raphael
rozmieszał herbate z cytryną dla narzeczonego i oblizał łyżeczkę.
Na chwile zapadła
cisza.
- Wiesz, nie do
końca jestem pewien, czy dobrze zrobiłem, że ją przyprowadziłem. Pracuje z
Sonią od dłuższego czasu, ale nigdy nie poznawałem przyjaciół Conchity z naszym
prywatnym życiem.
- Ty nie jesteś
pewien, czy Nicole?
Tom chrząknął.
- Wiedziałem.
Znowu jest zazdrosna i zaborcza. Zaczekaj chwile, bo musze zanieść tace do
sypialni – przytrzymał telefon ramieniem i przeniósł śniadanie do pokoju, gdzie
spał Robert.
Postawił tace
przed narzeczonym i pocałował go czule.
- Smacznego,
skarbie – wyszedł z sypialni i usiadł w kuchni nad kubkiem czarnej kawy.
-–Dobra, już mogę gadać. Co do Nicole to ona moim zdaniem jest dość… dziwna.
Raphael był
zawsze bardzo bezpośredni, ale jednocześnie wrażliwy. Zdarzało mu się
powiedzieć o dwa słowa za dużo, a potem żałować, nawet płacząc, ale wiedział,
że zawsze może wtedy liczyć na wsparcie przyjaciół i oczywiście Roberta.
- Co chcesz przez
to wszystko powiedzieć?
- No nie wiem,
domyśl się. Wozi się za tobą wszędzie, nie daje ci odetchnąć i patrzy na ciebie
jakby miała cie zjeść na śniadanie.
Tom zaśmiał się
gorzko.
- Wiesz, może
jest czasami zbyt opiekuńcza,
- Opiekuńcza?
Tommy, wiesz o czym ty gadasz? Przecież ona nawet własne dzieci tak nie
traktuje jak ciebie. Chris mieszka z przyjaciółmi, nawet mu się nie dołoży do
czynszu, chłopak haruje, a jak jej zaproponuje wakacje to mu publicznie dowali,
że ma za nie zapłacić i uda, że to żart mimo, że wszyscy wiemy jakie ona ma
podejście. Melanie jest w internacie w Graz i odwiedza ją może raz na pół roku.
Jak Chris wpadnie do Miasta to robi sobie z nim pozowane zdjęcia i wstawia
fotki jak pali na insta. Nie ogarniam jej. Rene jakoś też jest w twoim
managemencie, ba on jest twoim głównym menago, ona jest tylko jego asystentką,
a zachowuje się jakby miała ciebie na własność.
Tom zaczął myśleć
nad słowami Raphaela i powoli zaczęło do niego docierać co raz więcej
skojarzeń.
- Musze kończyć.
Rene dzwonił do mnie jakieś sto razy i zabije mnie jeśli nie oddzwonię. Trzymaj
się, Tam.
- Ok, na razie
Tommy. Do później.
Rozłączył się po
czym wybrał numer Rene.
Ten odebrał
niemal od razu.
- No cześć,
gwiazdo. Wiem o wszystkim. Dzwoniłem, żeby powiedzieć ci.. nie jedź po Nicole
do szpitala. Pojedzie po nią syn. Ktoś zawiadomił media. Nie powinieneś się tam kręcić. Jeśli nie pojedziesz po nią raczej małe szanse, że ktoś skojarzy jakąś
zależność. Czy ktoś kto nie był na imprezie Nicole wiedział, że idziesz?
Tom pomyślał przez moment, a potem zaprzeczył.
- Wiedzieli o tym tylko przyjaciele Nikki, ale wszyscy którzy wiedzieli przyszli na imprezę.
Rene zaczął mamrotać coś pod nosem i przytakiwać po czym uciął rozmowę twierdząc, że musi szybko coś załatwić.
Kawa była już prawie zimna. Dolał trochę mleka z lodówki i niespecjalnie przejmując się temperaturą popijał napój jednocześnie przesuwając listę kontaktów w telefonie. Usiadł z kubkiem na kanapie i włączył telewizor. Nie potrafił jednak skupić myśli na kolejnym, głupkowatym serialu. Wbił wzrok w imię Nicole, które miał teraz na wyświetlaczu. Miał ochotę zadzwonić i w końcu zapytać wprost: co się tutaj dzieje, ale nie miał teraz odwagi. Nie wiedział czego boi się bardziej: odpowiedzi Nicole, czy tego do czego może doprowadzić sytuacja z imprezy. Media już wiedzą o wypadku, możliwe, że wiedzą już też o Chrissy'm. Tom poczuł ukłucie w sercu i nagle wszystko zawirowało mu w głowie. Dzisiaj, nie umiał już sobie wyobrazić życia pozbawionego Conchity.
Jego obawy miały się spełnić zaledwie kilkanaście sekund później. Telefon Toma zaczął dzwonić, a gdy ten spojrzał na słuchawkę zobaczył na wyświetlaczu numer Rene. Starając się zachować spokój odebrał telefon. Nie zdążył nawet nic powiedzieć.
- Chrissy przedawkował
- Co?
Zapadła cisza.
- Zaćpał się.
Moment ciszy był jeszcze dłuższy niż poprzednio. Tom miał wrażenie, że zaraz straci świadomość.
- O czym ty mówisz?
- No kurwa nie udawaj, że nie wiesz o co mi chodzi.
- Wiedzą?
- Kto, do cholery?
- No media - Tom starał się mówić spokojnie chociaż powoli tracił konrole nad sobą.
Miał wrażenie, że moment miedzy pytaniem, a odpowiedzią Rene trwał wieki.
- Nie wiedzą. Jeszcze.
Tom próbował uspokoić myśli, ale robił to z trudem.
- To... co teraz mamy zrobić?
Po drugiej stronie odezwało się ciche chrząkniecie.
- Thomas, pierwszy raz w życiu nie wiem, co robić. Zajmuje się tym od 200 lat, ale nigdy w życiu nie stanąłem przed taką sytuacją. Powinienem odejść, bo nie jestem dla ciebie odpowiednim menadżerem, ale nie jestem w stanie teraz zrobić ci takiego świństwa i zostawić cie w tym bagnie - słuchając Rene Thomas próbował oddychać spokojniej, ale już nie potrafił.
- O czym ty mówisz? Rene, jeśli ty jesteś złym menadżerem to chyba nikt nie jest dobrym. Nawet nie wiesz ile ci zawdzięczam. Gdyby nie ty, twoja wiedza, wsparcie, kontakty i przede wszystkim wiara we mnie dzisiaj byłbym nadal podrzędna gwiazdą reality-shows, która przebiera się w damskie ciuchy i udaje wyzywającą dla rozgłosu. Kilka lat temu nawet mój głos był nijaki i gdybyś we mnie wtedy nie uwierzył, gdybyś nie dał mi kredytu zaufania i nie pomógł byś mi w tym wszystkim byłbym nikim. Wiec nigdy więcej nie mów mi, że nie jesteś dla mnie odpowiednim menadżerem ani nie wspominaj o rezygnacji, bo jeśli ty odejdziesz to Conchita też.
Przez chwile panowała cisza.
- Mogłem bardziej wnikliwie przeanalizować ewentualne szkody takiej imprezy i po prostu..
Tom przerwał nieoczekiwanie swojemu menadżerowi.
- Wina leży tylko po mojej stronie. Zaufałem za bardzo komuś kto potem po prostu to wykorzystał.
- O czym ty mówisz?
- Mam teraz mętlik w głowie. Nie wiem, co zrobię, gdy Conchita zniknie poza tym, jaki to bedzie miało wpływ na moje prywatne życie....
- Posłuchaj mnie, Thomasie... Lepiej będzie jeśli odpoczniesz w domu i zaczekamy razem wszyscy na rozwój wydarzeń. Może się nie dowiedzą. Skoro na urodzinach Nicole byli wszyscy ludzie, którzy o nich wiedzieli. Poza tym... nie wspominałem ci o tym, ale dzwoniła Nicole, jakoś chwile temu i stwierdziła, że ona to wszystko załatwi i mamy się nie martwić. Nikt się nie dowie tylko na razie nie możemy do niej dzwonić.
- Co ona tym razem wymyśliła?
Rene westchnął cicho.
- Nie wiem, Tom, ale jedno jest pewne. Tym razem przesadziła i boje się, że nie będzie już odwrotu.





