czwartek, 3 grudnia 2015

Rozdział drugi

Dedykuje ten rozdział pewnej cudownej Patrycji, która czyta moje opowiadania od zawsze.
Jesteś wspaniałą osobą. 
Dziękuję.


Rozdział drugi
        
         Wiedeńskie uliczki powoli oblewało jasne światło budzącego się słońca. Sonia stała przed drzwiami do mieszkania Nicholasa i od pięciu minut zastanawiała się co zrobić. Nie była w stanie po prostu wrócić do swojej pustej kawalerki, ale też nie wiedziała, co powinna mu teraz powiedzieć i czy powinna go teraz odwiedzać. Od początku wiedziała, że nie jest mu obojętna, ale zdawała sobie też sprawę z tego jak bardzo go zraniła. Przymknęła powieki biorąc w płuca głęboki wdech po czym nacisnęła na domofon. Nagle pomyślała sobie jak idiotycznie musi teraz wyglądać. Z zaschniętymi łzami na powiekach, rozmazanym makijażem i niedbale zawiniętym na szyi szalem. O piątej nad ranem pod jego domem. Nacisnęła raz jeszcze na domofon starając się uspokoić narastającą frustracje. Nikt jej nie otworzył. Nacisnęła na klamkę i ku jej zaskoczeniu po prostu udało jej się wejść do środka.
- Nick? – zapytała rozglądając się po salonie i aneksie kuchennym.
Nie spodziewała się nawet, że jego kawalerka jest tak duża.
- Nick? – powtórzyła, jednak nadal nie uzyskała odpowiedzi.
Kawalerka jej kolegi z pracy nie była chyba w rzeczywistości kawalerką, a małym mieszkaniem, który miał nawet parter i jedno piętro. Zdecydowała się zaryzykować i wejść na górę po schodach. Drzwi do jego sypialni były uchylone. Na stole leżała prawie pusta paczka papierosów i niedopity kieliszek jakiegoś alkoholu, który do złudzenia przypominał whisky, ale był po prostu jego bardzo tanim odpowiednikiem.
Nick siedział na fotelu przy oknie i w zamyśleniu patrzył na wznoszące się na nieboskłonie, niezwykle słabe jeszcze słońce. Uniósł papierosa do ust i zaciągnął się dymem. Nawet nie spojrzał na Sonie. Weszła do środka i stanęła obok niego. Konspiracyjna cisza zaczęła doprowadzać ją do szaleństwa. Usiadła naprzeciwko niego na skraju łóżka i westchnęła głęboko.
- Nie mam pojęcia co powiedzieć – rzekła chowając twarz w dłoniach.
Nick wciągnął raz jeszcze dym do ust po czym zgasił niedopałek w popielniczce.
- Po co tutaj w ogóle przyszłaś?
- Nie chciałam cię zranić.
Upił alkohol, włożył do ust kolejnego papierosa i odpalił go po czym sięgnął wolną ręką po kartkę, która leżała na stole i podał go Sonii.
- Moje wymówienie – powiedział beznamiętnie.
- Ale jak to. Nick, przecież miałeś pracować u Sonii, żeby zarobić na start i wydać w końcu książkę. Miał to być początek zanim zaczniesz żyć z pisania. Nie wiedziałam, że przejmiesz się tak tym, że nie przyszłam raz na kolacje.
- Teraz będę pracował u wujka. Będę pakował towar u niego w hurtowni – odpowiedział równie zimnym tonem. – Tu nie chodzi o jedną, pieprzoną kolacje. Wiesz co jest najgorsze?
Sonia poczuła przyspieszone bicie serca. Nick podszedł do niej, przykucnął i spojrzał jej w oczy.
- Ty go kochasz.
Poczuła, że robi jej się gorąco w żołądku.
- Nigdy nie pokochasz mnie ani nikogo innego. Kochasz jego.
Sonia nie potrafiła wydobyć z siebie głosu. Po chwili zaprzeczyła.
- Nieprawda, nie kocham go.
- Jesteś w stanie powiedzieć mi to głośno patrząc prosto w oczy?
Poczuła jakby ktoś wbijał jej szpilkę w serce.
- Jeśli powiesz, że nie kochasz Toma Neuwirtha patrząc mi w oczy wtedy ci naprawdę uwierzę.
Sonia czuła, że w jej oczach zbierają się łzy.
- Nie kocham Toma Neuwirtha.
Zobaczyła blask w oczach Nicka, a potem jego delikatny uśmiech, gdy ocierał jej łzy.
- Dlaczego każesz mi to mówić?
Wstał i usiadł z powrotem na fotelu.
- Wybacz, że tak ostro, ale martwiłem się. Byłem pewien, że za bardzo się zaangażowałaś. Wiem, że jesteś jedną z tych osób, które jeśli kochają to na wieczność. Wiemy, że jest jedno… hmm… ograniczenie w przypadku tego całego Neuwirtha i nie chciałem po prostu żebyś żyła złudzeniami, kiedy masz wokół siebie całkiem fajnych facetów hetero.
Sonia uśmiechnęła się delikatnie.
- Na przykład ciebie?
- Ty to powiedziałaś – odparł spokojnym, ale serdecznym tonem.
Znów do niej podszedł, tym razem usiadł obok i chwycił ją za rękę.
- Naprawdę mi na tobie zależy. Nigdy nie spotkałem tak fascynującej kobiety jak ty – zbliżył się do niej i pocałował w usta.
Odsunął się i spojrzał na nią.
- Byłaś u tego Neuwirtha.
- Byłam na przyjęciu urodzinowym jego przyjaciółki i wydarzył się wypadek, ale…
Przyłożył jej palec do ust.
- Proszę cię, zostaw to. Przecież ten świat nie jest dla ciebie, jesteś zupełnie inna. Ich interesują tylko imprezy, pieniądze, zabawa, sława i ilość facetów w łóżku. My jesteśmy zupełnie inni. Spokojni, ambitni i razem możemy zawojować świat. Nie potrzebujemy do tego Neuwirthów i jego przyjaciółek – pocałował ją po raz drugi; jego pocałunek był dłuższy i głębszy. – Żeby zawojować świat nie musimy zdobywać sławy i uznania. Może nasz świat, którego pragniemy jest bliżej niż myślimy.
Delikatnie rozpiął jej sukienkę i położył ją na łóżko nadal całując jej usta.
Za oknem obudził się już dzień, a uliczki Wiednia na nowo zaczęły tętnić życiem.






~ * ~

Poranki zwykle były dla Toma wspomnieniem nocy spędzonej jako Conchita w jego/jej własnej bajce i często dość brutalnym powrotem do codziennej rzeczywistości. Dzisiejszej nocy nie zmrużył oka. Ze szpitala wrócił o szóstej rano. Nie potrafił uwierzyć w to, że Nicole omal nie zginęła.  Wiedział, że jego przyjaciółka może mieć racje. Może nie powinien był dopuszczać zupełnie obcej osoby do ich towarzystwa. edno było pewne. Sonia nie powinna była tej nocy w ogóle pojawiać się w domu Nicole.
Poszedł do kuchni i nastawił ekspres na kawę. Zerknął w telefon. Trzy nieodebrane połączenia od Rene. Poczuł, że robi mu się gorąco. Przez chwile zrobiło mu się słabo i musiał usiąść. Co jeśli ratownicy medyczni coś wyczuli? Albo jeśli ktoś zrobił zdjecie Nicole albo jemu w drodze do szpitala wczoraj? Albo jeśli Sonia sprzedała sytuacje mediom? Nie potrafił teraz oddzwonić. Wybrał z kontaktów numer Raphaela / Tamary.
Po kilkunastu sygnałach wreszcie ktoś podniósł słuchawkę, a odezwał się w niej zaspany głos Roberta.
- No siema, Tami sobie śpi teraz – powiedział ledwie przytomnym głosem.
Po chwili usłyszał całkiem rozbudzony głos Tamary, który był teraz bardziej meski.
- Wstałem, przeglądam właśnie telefon Roba – powiedział na tyle głośno, że Tom ją usłyszał. – Kochanie, daj mi ten telefon!
Po chwili w słuchawce odezwał się głos Raphaela / Tamary oraz odgłos jej kroków.
- Czekaj, Wurst. Wychodzę z sypialni. Przeglądałam jego telefon, a on zabrał mój. No jak dziecko normalnie – znowu brzmiała bardziej jak kobieta.
- Znowu przerabiamy temat zdrady. Lubię jak Tami jest zazdrosna, ale bez przesady, skarbie – Tom usłyszał głos Roberta, który jeszcze nie do końca się obudził.
Dolał mleka do kawy, która właśnie się zrobiła i odchrząknął.
- Może zadzwonię później, bo nie chce wam teraz przeszkadzać.
- Och,Tommy. Przecież wiesz, że my tak zawsze. Kto się czubi ten się lubi – zaśmiał się głośno, nieco kobieco. – Musze zrobić śniadanie, bo Robi dzisiaj leci wcześnie do ORF-u, ale cię słucham cały czas uważnie. Ale zanim… Jak się czuje Nikki?
Tom westchnął krótko.
- Właśnie w tej sprawie dzwonie. Nicole czuje się już o wiele lepiej, jeszcze przed południem wychodzi ze szpitala, ale… co myślisz o Sonii?
Raphael wyraźnie był zaskoczony pytaniem przyjaciela.
- No nie znam jej właściwie. Kiedy się przedstawiliśmy wydawała się miła, a potem spytała tylko gdzie może cie znaleźć i w sumie nic więcej. Ale skąd to pytanie? – Raphael rozmieszał herbate z cytryną dla narzeczonego i oblizał łyżeczkę.
Na chwile zapadła cisza.
- Wiesz, nie do końca jestem pewien, czy dobrze zrobiłem, że ją przyprowadziłem. Pracuje z Sonią od dłuższego czasu, ale nigdy nie poznawałem przyjaciół Conchity z naszym prywatnym życiem.
- Ty nie jesteś pewien, czy Nicole?
Tom chrząknął.
- Wiedziałem. Znowu jest zazdrosna i zaborcza. Zaczekaj chwile, bo musze zanieść tace do sypialni – przytrzymał telefon ramieniem i przeniósł śniadanie do pokoju, gdzie spał Robert.
Postawił tace przed narzeczonym i pocałował go czule.
- Smacznego, skarbie – wyszedł z sypialni i usiadł w kuchni nad kubkiem czarnej kawy. -–Dobra, już mogę gadać. Co do Nicole to ona moim zdaniem jest dość… dziwna.
Raphael był zawsze bardzo bezpośredni, ale jednocześnie wrażliwy. Zdarzało mu się powiedzieć o dwa słowa za dużo, a potem żałować, nawet płacząc, ale wiedział, że zawsze może wtedy liczyć na wsparcie przyjaciół i oczywiście Roberta.
- Co chcesz przez to wszystko powiedzieć?
- No nie wiem, domyśl się. Wozi się za tobą wszędzie, nie daje ci odetchnąć i patrzy na ciebie jakby miała cie zjeść na śniadanie.
Tom zaśmiał się gorzko.
- Wiesz, może jest czasami zbyt opiekuńcza,
- Opiekuńcza? Tommy, wiesz o czym ty gadasz? Przecież ona nawet własne dzieci tak nie traktuje jak ciebie. Chris mieszka z przyjaciółmi, nawet mu się nie dołoży do czynszu, chłopak haruje, a jak jej zaproponuje wakacje to mu publicznie dowali, że ma za nie zapłacić i uda, że to żart mimo, że wszyscy wiemy jakie ona ma podejście. Melanie jest w internacie w Graz i odwiedza ją może raz na pół roku. Jak Chris wpadnie do Miasta to robi sobie z nim pozowane zdjęcia i wstawia fotki jak pali na insta. Nie ogarniam jej. Rene jakoś też jest w twoim managemencie, ba on jest twoim głównym menago, ona jest tylko jego asystentką, a zachowuje się jakby miała ciebie na własność.
Tom zaczął myśleć nad słowami Raphaela i powoli zaczęło do niego docierać co raz więcej skojarzeń.
- Musze kończyć. Rene dzwonił do mnie jakieś sto razy i zabije mnie jeśli nie oddzwonię. Trzymaj się, Tam.
- Ok, na razie Tommy. Do później.
Rozłączył się po czym wybrał numer Rene.
Ten odebrał niemal od razu.
- No cześć, gwiazdo. Wiem o wszystkim. Dzwoniłem, żeby powiedzieć ci.. nie jedź po Nicole do szpitala. Pojedzie po nią syn. Ktoś zawiadomił media. Nie powinieneś się tam kręcić. Jeśli nie pojedziesz po nią raczej małe szanse, że ktoś skojarzy jakąś zależność. Czy ktoś kto nie był na imprezie Nicole wiedział, że idziesz?
Tom pomyślał przez moment, a potem zaprzeczył.
- Wiedzieli o tym tylko przyjaciele Nikki, ale wszyscy którzy wiedzieli przyszli na imprezę.
Rene zaczął mamrotać coś pod nosem i przytakiwać po czym uciął rozmowę twierdząc, że musi szybko coś załatwić.
Kawa była już prawie zimna. Dolał trochę mleka z lodówki i niespecjalnie przejmując się temperaturą popijał napój jednocześnie przesuwając listę kontaktów w telefonie. Usiadł z kubkiem na kanapie i włączył telewizor. Nie potrafił jednak skupić myśli na kolejnym, głupkowatym serialu. Wbił wzrok w imię Nicole, które miał teraz na wyświetlaczu. Miał ochotę zadzwonić i w końcu zapytać wprost: co się tutaj dzieje, ale nie miał teraz odwagi. Nie wiedział czego boi się bardziej: odpowiedzi Nicole, czy tego do czego może doprowadzić sytuacja z imprezy. Media już wiedzą o wypadku, możliwe, że wiedzą już też o Chrissy'm. Tom poczuł ukłucie w sercu i nagle wszystko zawirowało mu w głowie. Dzisiaj, nie umiał już sobie wyobrazić życia pozbawionego Conchity. 
Jego obawy miały się spełnić zaledwie kilkanaście sekund później. Telefon Toma zaczął dzwonić, a gdy ten spojrzał na słuchawkę zobaczył na wyświetlaczu numer Rene. Starając się zachować spokój odebrał telefon. Nie zdążył nawet nic powiedzieć.
- Chrissy przedawkował
- Co?
Zapadła cisza.
- Zaćpał się.
Moment ciszy był jeszcze dłuższy niż poprzednio. Tom miał wrażenie, że zaraz straci świadomość.
- O czym ty mówisz?
- No kurwa nie udawaj, że nie wiesz o co mi chodzi.
- Wiedzą?
- Kto, do cholery?
- No media - Tom starał się mówić spokojnie chociaż powoli tracił konrole nad sobą.
Miał wrażenie, że moment miedzy pytaniem, a odpowiedzią Rene trwał wieki.
- Nie wiedzą. Jeszcze.
Tom próbował uspokoić myśli, ale robił to z trudem.
- To... co teraz mamy zrobić?
Po drugiej stronie odezwało się ciche chrząkniecie. 
- Thomas, pierwszy raz w życiu nie wiem, co robić. Zajmuje się tym od 200 lat, ale nigdy w życiu nie stanąłem przed taką sytuacją. Powinienem odejść, bo nie jestem dla ciebie odpowiednim menadżerem, ale nie jestem w stanie teraz zrobić ci takiego świństwa i zostawić cie w tym bagnie - słuchając Rene Thomas próbował oddychać spokojniej, ale już nie potrafił.
- O czym ty mówisz? Rene, jeśli ty jesteś złym menadżerem to chyba nikt nie jest dobrym. Nawet nie wiesz ile ci zawdzięczam. Gdyby nie ty, twoja wiedza, wsparcie, kontakty i przede wszystkim wiara we mnie dzisiaj byłbym nadal podrzędna gwiazdą reality-shows, która przebiera się w damskie ciuchy i udaje wyzywającą dla rozgłosu. Kilka lat temu nawet mój głos był nijaki i gdybyś we mnie wtedy nie uwierzył, gdybyś nie dał mi kredytu zaufania i nie pomógł byś mi w tym wszystkim byłbym nikim. Wiec nigdy więcej nie mów mi, że nie jesteś dla mnie odpowiednim menadżerem ani nie wspominaj o rezygnacji, bo jeśli ty odejdziesz to Conchita też.
Przez chwile panowała cisza.
- Mogłem bardziej wnikliwie przeanalizować ewentualne szkody takiej imprezy i po prostu..
Tom przerwał nieoczekiwanie swojemu menadżerowi.
- Wina leży tylko po mojej stronie. Zaufałem za bardzo komuś kto potem po prostu to wykorzystał.
- O czym ty mówisz?
- Mam teraz mętlik w głowie. Nie wiem, co zrobię, gdy Conchita zniknie poza tym, jaki to bedzie miało wpływ na moje prywatne życie.... 
- Posłuchaj mnie, Thomasie... Lepiej będzie jeśli odpoczniesz w domu i zaczekamy razem wszyscy na rozwój wydarzeń. Może się nie dowiedzą. Skoro na urodzinach Nicole byli wszyscy ludzie, którzy o nich wiedzieli. Poza tym... nie wspominałem ci o tym, ale dzwoniła Nicole, jakoś chwile temu i stwierdziła, że ona to wszystko załatwi i mamy się nie martwić. Nikt się nie dowie tylko na razie nie możemy do niej dzwonić.
- Co ona tym razem wymyśliła?
Rene westchnął cicho.
- Nie wiem, Tom, ale jedno jest pewne. Tym razem przesadziła i boje się, że nie będzie już odwrotu.





sobota, 28 listopada 2015

Rozdział pierwszy


Pierwszy tydzień współpracy Sonii przy teledysku "Where Have All The Good Men Gone” wydawał się dla młodej projektantki prawdziwą magią. Każdego dnia podekscytowana biegła na plan zdjęciowy z kolejnymi projektami w teczce i nie mogła się doczekać, by posłuchać i doświadczyć powstawania muzyki na własnej skórze. Nie przeszkadzało jej nawet zachowanie Leny, która zawsze irytowała ją swoją wyniosłością i tym, że zawsze potrafiła jej dopiec albo przyczepić się do najdrobniejszego szczegółu jej projektu. Ku zaskoczeniu Sonii jej młoda szefowa pochwaliła ją nawet dwa razy w ciągu jednego tygodnia co było fenomenem nie tylko dla niej, ale też dla całego zespołu pracującego w atelier Hoschek.
Sonia uwielbiała chłonąć wszystko, co działo się na planie i nawet, gdy wymieniła swoje pomysły z Conchitą oraz jej głównym stylistą – Thomasem Reinbergiem – zdarzało jej się siedzieć z nimi i rozmawiać o wszystkim; głównie o muzyce. Thomas nie był raczej zbyt otwartym facetem. Uwielbiał Conchite i widać było, że kocha dobierać jej kreacje, ale nie był zbyt rozmowny. Ograniczał się bardziej na potakiwaniu, kiwaniu głową i krótkich, kilkuwyrazowych komentarzach. Za to Sonia i Conchita potrafiły rozmawiać godzinami i śmiać się ze wszystkiego. Zdarzało im się nawet kończyć za siebie zdanie. Często bywało też, że Sonia mówiła coś, a Conchita wybuchała śmiechem mówiąc, że dokładnie to samo miała teraz powiedzieć. Sonia nigdy nie spodziewała się, że można zaprzyjaźnić się z kimś tak blisko i głęboko zaledwie po tygodniu znajomości. Czasami łapała się na tym, że myślała, co będzie gdy kręcenie teledysku się skończy, a ona będzie musiała wrócić do szarej codzienności w atelier. Zżyła się z Conchitą i miała wrażenie, że działa to w obie strony, jednak artystka nigdy nie zaprosiła jej nigdzie poza pracą. Sonia nie miała nawet możliwości, by poznać Toma Neuwirtha. Zdecydowała, jednak, że sama nie będzie niczego narzucać. Jeśli Conchita kiedykolwiek zaufa jej na tyle, by mogła poznać Toma i jego przyjaciół będzie bardzo szczęśliwa, ale tak naprawdę już jest. Pierwsze miesiące pracy w atelier były dla Sonii trudne i czuła się bardzo samotna. Gdyby nie pan Leon Hoschek – ojciec Leny oraz przyjaciel rodziny Sonii, który pomógł jej odnaleźć się w Wiedniu – i towarzystwo ulubionego przyjaciela z pracy Nicka naprawdę trudno byłoby jej przywyknąć do zupełnie nowego miejsca.
Od tygodnia życie Sonii wyglądało podobnie – pobudka o 6:00 rano, o 8:00 była już w atelier, gdzie siedziała do godziny 12:00 pomagając przy innych projektach, szyjąc i bardziej skupiając się na pracach manualnych, a potem biegła do studia, gdzie od godziny 14:00 do późna pracowała nad teledyskiem Conchity. Stroje miały być naprawdę skomplikowane; samo podjęcie decyzji, co do wyboru trzech kreacji trwało kilka dni, teraz powoli nadchodził etap przelewania na papier licznych koncepcji, później konsultacje z Thomasem, a potem miał nadejść najdłuższy etap – szycie, ale to jeszcze też nie był koniec. Kilka minut przed południem Sonia nie potrafiła usiedzieć w miejscu i starała się nie zerkać ciągle na zegarek, który wisiał na środku pracowni w atelier. Do studia biegła podekscytowana i pełna zapału. Dzisiaj było tak samo. Punktualnie o godzinie 12:00 zaczęła pakować do torebki swoje projekty i notes. Miała już wychodzić, gdy nagle podszedł do niej Nick.




- Cześć.
- Och, Nick. To ty. Cześć. Przestraszyłeś mnie – odpowiedziała zakłopotana Sonia.
- Wychodzisz?
- Właściwie to tak.
- Dość wcześnie, dopiero południe…
- Pracuje trochę w terenie – Sonia była jeszcze bardziej zakłopotana.
- Nie musisz mnie okłamywać. Wszyscy w firmie wiedzą, że Lena wyznaczyła cię do pracy nad teledyskiem Conchity Wurst – powiedział nieco chłodnym tonem Nick.
- Nie miałam kiedy ci o tym wspomnieć.
- Cóż, od tygodnia w ogóle ze mną nie rozmawiasz i mam wrażenie, że specjalnie mnie unikasz – Nick spuścił wzrok po czym znowu spojrzał na Sonie; widać było w jego zachowaniu napięcie.
- Nie unikam cię, pracuje dużo. To wszystko – Sonia zaczęła bawić się pierścionkiem na prawej dłoni.
- Że nie rozmawiasz z innymi osobami z atelier to mnie nie dziwi, bo nigdy nie byłaś rozmowna, ale myślałem, że jesteśmy przyjaciółmi, a ty nawet, gdy stoimy w kolejce po kawę albo lunch patrzysz zamyślona w inną stronę albo piszesz smsy. Jest mi po prostu przykro – Sonia poczuła palące uczucie w żołądku.
Nie chciała zawieść przyjaciela i nikogo zaniedbywać. Poczuła się jeszcze gorzej, gdy zdała sobie sprawę, że Nick ma racje. Przez prace nad teledyskiem przestała całkiem dostrzegać wszystko inne, co się działo wokół niej.
Stała w milczeniu nie mając odwagi, by spojrzeć Nickowi w oczy. Położył jej dłoń na dłoni.
- Chciałbym zaprosić cię dzisiaj wieczorem na kolacje. O 20:00 chyba będziesz po pracy?
- Kończę jakoś przed 19:00 – odparła Sonia nieco zaskoczona zaproszeniem Nicka.
- Mogę po ciebie przyjechać o 20:00?
Sonia spojrzała na Nicka.
- Tak, będę czekała.

Praca na planie teledysku mijała jak zwykle bardzo szybko. Przed 17:00 udało im się skończyć prace.
- Wygląda na to, że mamy już wszystkie koncepcje. Bardzo ci dziękuje Soniu, tobie Thomasie też. Proponuje wypić szampana, żeby to uczcić. To będzie piękny teledysk, jestem tego pewna – zaśmiała się uroczo i nalała szampana dla siebie, Thomasa i Sonii.
- Musze ci powiedzieć, że jestem naprawdę w pozytywnie zaskoczona tym jak wspaniale przebiega nasza współpraca. Nie powiem, że nie miałam żadnych obaw, gdy Lena poleciła mi osobę bez doświadczenia, ale wierzyłam w twój talent i się nie pomyliłam. A do tego jesteś cudowną i piękną kobietą. Jestem pewna, że kiedyś będziesz wielką projektantką – powiedziała Conchita uśmiechając się przy tym delikatnie.
- Jestem pod wrażeniem twoich projektów – odezwał się nagle Thomas. – Życzę ci wielkiej kariery. Conchy?
Spojrzał w jej kierunku wstając z krzesła.
- Czy będziesz bardzo zła na swojego ulubionego stylistę, jeśli zmyje się już teraz i pobiegnie do ORF-u? Obiecałem im pomóc przy paru sprawach dziś wieczorem.
Zaśmiała się krótko.
- Jasne, że nie. Niech mój ulubiony stylista ucieka dalej pracować, a my jeszcze chwile poplotkujemy przy szampanie.
- No to uciekam kochane – tym razem Thomas żartował i cmoknął obie kobiety w policzek, narzucił na siebie kurtke i niemal wybiegł ze studia.
Sonia napiła się odrobine szampana.
- Jesteś naprawdę podekscytowana teledyskiem. Ciesze się, że jesteś szcześliwa – powiedziała zanim zdołała się ugryźć w jezyk.
Conchita zajrzała do kieliszka po czym spojrzała na Sonie.
- Myśle, że to nie tylko kwestia teledysku, ale tak. Jestem nim niesamowicie podekscytowana i nie mogę się doczekać, gdy będę mogła go pokazać fanom.
Sonia odważyła się również na nią spojrzeć. Dostrzegła blask w jej oczach i uśmiechnęła się. Conchita odwzajemniła gest.
- Od pewnego czasu się nad czymś zastanawiam. Jeżeli oczywiście byś chciała… Dzisiaj robimy małe przyjęcie z okazji urodzin mojej przyjaciółki Nicole. Bardzo bym się cieszył, gdybyś również przyszła. Myśle, że w końcu miałabyś okazje poznać Toma – uśmiechnął się subtelnie i zaczął obracać kieliszek w dłoniach.
Sonia miała wrażenie, że Tom naprawdę denerwuje się jej decyzją i boi się, że mu odmówi. Nie mogła i przede wszystkim nie chciała tego zrobić.
- Będę zaszczycona i bardzo szcześliwa. Oczywiście, że przyjdę. Dziekuje ci – odpowiedziała niemal od razu.
- Ja również będę bardzo szczęśliwy, Soniu – powiedziała Conchita, a właściwie chyba bardziej Tom.
Wstała z krzesła odstawiła szampana na stolik.
- Nie wiem jak mam ci dziękować – powiedziała Conchita do Sonii.
- Nie dziękuj, bo nikt nie zrobił dla mnie tyle dobrego, co ty – odparła i również wstała.
Conchita objęła ją ramieniem. Żadna z nich nie powiedziała nic.
- To daje ci już dzisiaj wolne – zaśmiała się po chwili. – Ale o godzinie 20:00 czekamy na ciebie u Nicole. Zaraz ci zapisze dokładny adres.
- Nie wiem jak mam ci dziękować – powiedziała Sonia do Conchity.

Dopiero po wyjściu ze studia Sonia pomyślała o kolacji, na którą umówiła  się z Nickiem. Nie wiedziała jak teraz powinna się z tego wyplątać. Wracając ruchliwą uliczką Wiednia poczuła nagle, że kreci jej się w głowie, więc postanowiła usiąść na chwile na ławce. Poczuła, że traci nad tym wszystkim kontrole.


Nick był zawsze jedyną osobą w pracy, która wspierała ją odkąd zaczęła pracować atelier Hoschek. Był miłym, naprawdę ambitnym facetem, pracował w dziale logistycznym i zajmował się zarządzaniem transportem ubrań Hoschek na cały świat. Właściwie to był tylko asystentek kierownika i nie bardzo znał się na sztuce i modzie, ale miał w sobie coś intrygującego. Jego pasją było pisanie, ale nigdy nie traktował tego jak sztukę – robił to, co kocha. W każdej niemal wolnej chwili pisał artykuły do gazet na zamówienie (ciągle wciskali mu jakiś nudny temat) oraz kreślił swoją własną powieść i wierzył, że kiedyś ją wyda. A wtedy będzie mógł rzucić nudną, logistyczną prace i zacząć żyć jak pisarz. Praca od rana do południa, kilka kaw dziennie, papierosy, wieczorem jakaś kolacja z kolejną dziewczyną, która zrobi mu nadzieje, a potem samotne wieczory z winem (przy odrobinie szczęścia może nie zawsze samotne). Gdyby mógł, rzuciłby prace u Leny w pięć minut – bez namysłu. Ale tylko jednej rzeczy zawsze, by żałował. Jedna osoba tylko trzymała go w atelier i motywowała go, by dalej walczył o swoją powieść. Sonia Grotowska. Zobaczył ją już pierwszego dnia w atelier; weszła tam nienagannie ubrana, olśniewająco piękna mimo znacznej nadwagi, ale też naprawdę spięta. Od razu uśmiechnął się do niej choć nie był zbyt śmiały i nawet puścił do niej oko. Odwzajemniła gest i pobiegła do gabinetu Leny. W atelier Hoschek jest zwyczaj, że od razu po przyjęciu nowego pracownika szefowa wychodzi razem z nim z gabinetu i ogłasza to wszystkim obecnym, a potem następuje wzniesienie toastu za owocną współprace, który inicjuje zawsze Lena.  Właśnie wtedy Nick i Sonia zaczęli po raz pierwszy rozmawiać popijając szampana. Zaczął od banalnego pytania („Jestem Nick i jestem ciekaw; jak ci się tutaj podoba?”). Wtedy Sonia dowiedziała się, że nie Nick przepada za dużymi skupiskami ludzi i alkoholem. Że woli się zaszyć w biurze i pracować. Z czasem stali się sobie bardzo bliscy.


 


Nick siedział w swoim małej, wynajętej kawalerce przy Kartnergasse. Nie lubił być tutaj w dzień. Kartnergasse to główna ulica handlowa Wiednia i wszystkie hałasy irytowały go. Skusiła go, jednak cena. Na nic innego nie było go stać. Ojciec i tak chciał, by poszedł kiedyś na studiach. Prawda była taka, że miał dzisiaj 25 lat i nie mógł nawet marzyć o studiach. Miał szczęście, że dostał prace u Leny. Ojciec nie odzywa się do niego od kilku lat, matka zmarła w dzieciństwie, wiec ma tylko jego. Któregoś dnia powiedział Nickowi, że jeśli nie pójdzie na studia jak „ambitny człowiek na poziomie” to nie mają o czym rozmawiać. „Nie po to po śmierci matki wyjechali do stolicy, gdzie jest tyle perspektyw, żeby teraz musiał się za niego wstydzić”. Za dużo złych słów padło. Nick wiedział, że więcej nie zobaczy ojca.
Wstał z sofy i zajrzał do szafki w kuchni z nadzieją, że znajdzie tam jeszcze jakieś tanie wino, które czasami kupował. Nie było ani jednej butelki. „Nawet nie mam czym się upić” – pomyślał z goryczą zerkając po raz wtóry na zegarek. Była 20:15.



Sonia zdążyła wrócić do mieszkania, przebrać się i przygotować oraz dotrzeć do domu Nicole. Była podekscytowana i zdenerwowana. Miała nadzieje, że przyjaciele Toma ją polubią i że polubi ją sam Tom. Nie miała pojęcia co powinna kupić Nicole. Postanowiła, wiec poprzestać na bardzo ładnym kwiatku w doniczce, który zdążyła jakimś cudem kupić po drodze. Poprawiła nerwowo trencz po czym zadzwoniła do drzwi. Drzwi otworzyła jej kobieta w średnim wieku, krótko ścięta i ubrana raczej mnie formalnie, bez makijażu, miała tylko lekko wytuszowane rzęsy.
- Witaj. Ty chyba musisz być tą Sonią, o której ostatnio Tom tyle opowiada – powiedziała kobieta zerkając na gościa raczej niezbyt ufnym wzrokiem.
- Dzień dobry. Tak, jestem Sonia – odparła uśmiechając się nieśmiało.
- Wejdź, proszę – ton głosu Nicole wydawać się zimny i niezbyt otwarty.
Dopiero po wejściu do środka Sonia zauważyła, że Nicole pali papierosa i lustruje ją wzrokiem. Podeszło jeszcze kilka osób, jedna była na pewno drag queen, ale Sonia nie potrafiła dostrzec nigdzie osoby, która mogłaby być Tomem.
- Miło mi panią poznać. Tom wspominał, że to pani przyjęcie urodzinowe. Wszystkiego najlepszego, a to dla pani – Sonia poczuła się niezręcznie i sztucznie podając Nicole prezent.
Miała wrażenie, że to co mówi jest żenujące, ale nie umiała w tamtym momencie zmusić się, by powiedzieć coś bardziej na miejscu. Była zestresowana zimnem i obojętnością kobiety.
- Dziękuje. Baw się dobrze – odparła biorąc kwiatka z jej rąk po czym zaciągnęła się dymem i poszła w stronę, z której dobiegała muzyka i reszta gości już powoli zaczynała rozkręcać imprezę.



Czarnowłosa drag queen, która stała obok przysłuchując się trochę rozmowie podeszła teraz do Soni i uśmiechnęła się naprawdę serdecznie.
- Cześć, jestem Tamara. Ale możesz mi mówić Raphael, bo to moje prawdziwe imię – zaśmiała się, dzięki czemu mogła usłyszeć męską stronę jej/jego głosu.
- Cześć. Ja jestem Sonia i cieszę się, że mogę cię poznać. Nie widziałaś może Toma?
Tamara zaśmiała się subtelnie.
- Oczywiście, że widziałam. Siedzi pewnie z innymi w pokoju obok i pije piwo.

Sonia poczuła się w pewnym momencie dziwnie. Osoba, z którą od kilku tygodni spędza każdą niemal chwile, którą zna jako elegancką, piękną i utalentowaną divę właśnie teraz siedzi przy stole, na którym leżą karty do gry, kilka brudnych popielniczek, kieliszki i butelki pijąc zwykłe piwo i śmiejąc się z przyjaciółmi. Weszła do pokoju. Mimo, że nie wiedziała wcześniej jak wygląda to od razu go rozpoznała. Głośna muzyka dudniła w głośnikach. Impreza dopiero się zaczynała, ale pomieszczenie było już zadymione i nieco duszne.


Sonia zobaczyła kątem oka, że Nicole otwiera właśnie okna, żeby przewietrzyć pokój i jest nadal bardzo zdenerwowana. Tom wreszcie ją zauważył i uśmiechnął się do Sonii znad talii kart, którą odgrywał właśnie z Jürgenem – mężem Nicole. Wstał, by się przywitać i wtedy jego uśmiech utwierdził ją w przekonaniu, że nadal ma do czynienia z tą samą osobą. Uściskał ją entuzjastycznie.
- Cześć. Poznałaś już Conchite. Ja jestem Tom i odwalam za nią brudną robote – zaśmiał się głośno.
- Cześć, Tom. Ja jestem Sonia i naprawdę miło mi cię w końcu poznać – odpowiedziała akcentując z rozbawieniem słowo „w końcu”.
Jürgen uniósł kufel z piwem jakby chciał wznieść toast i uśmiechnął się ukazując zęby.
- Cheers, ja jestem Jürgen
Sonia mimowolnie wybuchnęła śmiechem. Tom poszedł jej śladem.
- Musisz się przyzwyczaić. Jü to nasz najlepszy komik, żadna impreza nie obędzie się bez jego żartów. A, no i lubi piwo, trochę chyba za bardzo, bo Nicole ciągle się na niego wydziera – Sonia słuchała tego, co mówił do niej Tom i czuła się trochę surrealistycznie, ale było jej tutaj już od pierwszych chwil tak dobrze i pozytywnie, że wiedziała, że chciałaby tu zostać na zawsze.
Miała tylko nadzieje, że Nicole jakoś się do niej przekona.

Kilka minut po trzeciej powietrze w pokoju było już ciężkie od dymu papierosowego i zapachu alkoholu. Najwytrwalsi goście nadal tańczyli, niektórzy spali na krześle, fotelach albo na kanapie. Ktoś kogo Sonia nie miała okazji poznać palił w kącie zioło i śmiał się jak idiota. Tamara i Mia tańczyły ze swoimi partnerami, a Jürgen chrapał po drugiej stronie stołu. Sonia nie mogła dostrzec nigdzie Nicole. W ogóle tego wieczoru widziała ją tylko wtedy, gdy przyszła, a potem kilka razy przelotem. Sonia spędziła całą noc pijąc piwo i rozmawiając z Tomem. Nie ruszyli się nawet na chwile ze stołu przy, którym Tom próbował grać w karty z Jürgenem dopóki ten drugi nie zasnął. Rozmawiali o wszystkim. Tom opowiadał jej anegdoty z początków kariery, mówił o swojej przyjaźni z Tamarą, o tym jak poznał Jacquesa. Tylko jakoś Nicole w jego historiach przewijała się bardzo rzadko.
- Mogę cie o coś zapytać? – Sonia spojrzała na Toma pytająco.
- Jasne, oczywiście.
- Może nie powinnam tak wprost, ale tak sobie pomyślałam… Jürgen i tamten chłopak na kanapie… Czy to nie jest nałóg albo coś, co może im zagrażać? Nie chce się wtrącać, wybacz jeśli cię uraziłam.
Tom przeszył ją spojrzeniem. Zaskoczyła go tym pytaniem.
- Wiesz, Jürgen na co dzień nie pije dużo, tylko na domówkach, które mamy może raptem raz na miesiąc albo dwa, a jak wychodzimy na miasto to pije jedno piwo, czasem dwa, ale nie jest alkoholikiem. Co do Chrissy’ego… Chrissy jest specyficzny, ale niestety, nie możemy uzdrowić całego świata. Długo miałem z tym problem, bo sam sobie narzucałem presje. Że chce zmienić świat, pomagać i inspirować. Kiedy mnie nie słuchali byłem bezsilny i myślałem, że się do tego nie nadaje. Ale w sztuce jest jak w życiu. Nie zainspirujesz wszystkich tak samo jak nie uzdrowisz każdego. Za Chrissy’ego niektórzy się modlą, inni go przeklinają. Takie jest życie.

- Mam coś dziwnego kiedy ktoś obok mnie potrzebuje desperacko pomocy, a ja patrzę i nic z tym nie robię.

- A co mogłabyś teraz zrobić dla Chrissy’ego? Przecież on nas nawet nie słyszy. U niego to już nie jest kwestia zioła. To jest narkoman po prostu.
Sonia popatrzyła na Toma z nieukrywanym przerażeniem.
- Na odwyku był dziesięć razy, zawsze uciekał, bo ciągle miał tam próby samobójcze. W końcu zdecydowaliśmy, że nie wydamy go, że pozwolimy mu zostać z nami. Przy nas czasami jest czysty kilka dni i wtedy zachowuje się jak normalny człowiek. Czasami wybór jest pomiędzy złem, a gorszym złem, ale wierze, że wszystko się dzieje z jakiegoś powodu i mam nadzieje, że Chrissy odnajdzie swój i kiedyś z tego wyjdzie.
Sonia przymknęła na chwile oczy. Poczuła, że ma zawroty głowy.
- Wszystko w porządku? – spytał Tom.
- Tak, ale chyba się zasiedziałam. Nigdy chyba mi się z nikim tak dobrze nie rozmawiało, ale jest już prawie piąta nad ranem. Wygląda na to, że inni nawet przestali tańczyć. Jesteśmy tylko my i Chrissy. Pomoge ci trochę to ogarnąć, jeśli chcesz i uciekam do domu.
- Dziekuje ci za rozmowe, to był naprawdę świetny wieczór, a co do pomocy to daj spokój, poradzę sobie – uśmiechnął się i wstał przesuwając kieliszki. – Ale sprzątanie dopiero jutro, bo dzisiaj już padam na twarz.
- No jeśli tak wolisz… - Sonia wstając z krzesła zahaczyła o szklankę, która spadła na podłogę i rozbiła się na milion kawałków.  – Jejku, przepraszam. Narobiłam ci bałaganu jeszcze.
Tom zaśmiał się serdecznie.
- Nie ma o czym mówić, luz naprawdę.
Odruchowo oboje schylili się, by zbierać odłamki. Sonia przypadkiem dotknęła ostrej krawędzi szkła, a po jej palcu popłynęła strużka krwi.
- O kurczę… Zaczekaj, przyniosę jakiś plaster. Nicole trzyma je chyba w łazience, za chwile wracam.

Chwile później usłyszała wołanie Toma. Podeszła do niego szybkim krokiem. Nicole leżała nieprzytomna w łazience. Tom próbował ją obudzić.
- Nikki, Nikki…. Co się dzieje, Nikki. Obudź się… Cholera… Sonia, dzwoń po pogotowie.
- A jak znajdą Chrissy’ego?
- Kurwa…. Dobra, weź go zamknij w pokoju Jürgena. Połóż go spać i zamknij drzwi na klucz. On jest niegroźny. Ja zadzwonię, tylko się pospiesz.
Sonia pokiwała głową i wróciła do salonu gdzie siedział Chrissy i śnił na jawie myśląc, że jest żoną sułtana. Tak jak myślała, nawet jej nie słyszał. Resztka rozsypanego zioła leżała na dywanie.
- Tylko spokojnie – powtarzała do siebie cała drżąc z nerwów.
Gdyby ktokolwiek znalazł narkotyki w domu Nicole wszyscy mieliby problemy z prawem, a gdyby Tom wplątał się w taką afere to Conchita przestałaby istnieć. Sonia poczuła, że jej serce bije jak młot. Wzięła kilka wdechów. Wszystko zależało teraz od niej. Chwyciła Chrissy’ego pod ramie i przeciągnęła go do sypialni Jürgena. Był zadziwiająco lekki. Kiedy wrzucała go do łóżka i nakrywała kołdrą nie zaprotestował ani razu tylko „rozmawiał ze swoim mężem sułtanem”. Sonia zamknęła drzwi sypialni na klucz i wyszła do salonu. Gorączkowo zaczęła szukać odkurzacza. Pech chciał, że wszystko znajdowała się tak blisko, że gdyby lekarze szli do łazienki musieliby przejść obok dywanu i doskonale widocznej, rozsypanej na nimi marihuany. Sonia przerzucała szafki i szuflady. W końcu znalazła odkurzacz w kredensie i nie bardzo wiedząc, co robi zaczęła pozbywać się zawartości torebki i tej wysypanej na dywan. Kiedy wszystko było odkurzone, wyciągnęła worek i pobiegła do łazienki.
- Nie mogę jej zbudzić. Dzwonie już, wyrzuć to tutaj. Spróbuj ją ocucić proszę… Nicole….
Sonia wysypała wszystko z worka i spłukała.
Po chwili przyjechało pogotowie i zabrali Nicole do szpitala. Po dość krótkim badaniu wyszedł lekarz. Tom i Sonia wstali gwałtownie z krzeseł.
- Obudziła się kilka minut po tym jak ją przywieźli. Pani Nicole Fernandez ma silne uczulenie na pewien rzadki gatunek rośliny. Jeden z ratowników medycznych mówił, że widział ją u państwa w domu. Ale pani Fernandez miała szczęście, bo gdyby odnaleźli ją państwo rano albo choćby dziesięć minut później mogłaby nie przeżyć. Rośline należy usunąć, pani Fernandez dostała leki przeciwalergiczne i myśle, że może za kilka godzin już wrócić do domu. Proszę wejść do niej, jeśli państwo chcą.
Tom i Sonia weszli do sali, gdzie leżała Nicole. Sonia czuła wyrzuty sumienia. Kwiat, który omal nie doprowadził ją do śmierci był prezentem od niej. Kupiła go na bazarze kilkanaście minut przed imprezą i nie domyśliła się, że mógłby w jakikolwiek sposób szkodzić. Postanowiła ją przeprosić, ale czuła się strasznie z tym, że zepsuła jej urodziny.
- Cześć. Jak się czujesz? – spytał Tom i objął serdecznie przyjaciółke.
- Żyje. Jakoś. Ale ktoś się chyba z tego nie cieszy – spojrzała sugestywnie na Sonie.
Ta nie wiedziała, co ma na myśli. Tom też był zdziwiony.
- Co masz na myśli?
- Mówiłam ci, że jeśli dopuścisz innych do naszego prywatnego życia to nie będziesz go miał. Wiesz ile mogłeś stracić?
- Ale nie straciłem. Nikt się nie dowiedział o Chrissy’m, a ty jesteś cała i zdrowa.
- Taaa. To takie szczęście w swoje czterdzieste trzecie urodziny prawie umrzeć, ale przeżyć. Cudownie. Jestem cała i zdrowa, zgadzam się.
- Nie rozumiem o co ci chodzi – ciągnął Tom.
- Nie rozumiesz? Przecież ta dziewczyna ma nas wszystkich gdzieś, chce się wybić w świecie mody. Albo łudzi się, że na nią spojrzysz. Obiecałeś mi, że nie będziemy przełamywać granicy. Mamy wszyscy tutaj swoją prywatność, a dopuszczanie obcych osób jest niebezpieczne i niedojrzałe. Nie wierze w zbiegi okoliczności – spojrzała ze złością na Sonie.
- Co sugerujesz? – Sonia była tak zdenerwowana, że nie potrafiła już być miła dla Nicole.
- Że to zaplanowałaś, bo chciałaś mnie… może nie zabić ale unieruchomić w szpitalu i w tym czasie stać się kobietą najbliższą Tomowi i przez to osiągnąć swoje własne, egoistyczne korzyści. Nie pasujesz do nas, nie jesteś z tego świata i nigdy nie będziesz do niego należeć.
- Nicole, dość!  Nie przesadzaj – powiedział Tom, ale Sonia spojrzała na nich z żalem.
- Masz racje tylko w jednej rzeczy. Nie pasuje do was – odparła po czym wyszła na korytarz.